Budapeszt broni rosyjskiego gazu: jak energetyczna zależność Węgier zagraża całej Europie

depositphotos.com

Gdy węgierski minister spraw zagranicznych Péter Szijjártó oskarża Brukselę o niszczenie bezpieczeństwa energetycznego Europy poprzez odcięcie się od rosyjskich zasobów, nie tylko broni interesów gospodarczych swojego kraju. Wypowiada narrację, którą Kreml przez lata wszczepiał w świadomość europejskich polityków: jakoby Europa nie może istnieć bez rosyjskiego gazu i ropy, a każda próba uwolnienia się od tej zależności doprowadzi do katastrofy. To klasyczny przykład tego, jak ofiara uzależnienia zaczyna bronić swojego oprawcę, przekonując samą siebie, że kajdany są w rzeczywistości ozdobą.

Rzeczywistość wygląda zasadniczo inaczej. To właśnie zależność od rosyjskich nośników energii przez dziesięciolecia podważała prawdziwe bezpieczeństwo energetyczne Europy, przekształcając więzi gospodarcze w narzędzie szantażu politycznego. Moskwa wielokrotnie demonstrowała gotowość wykorzystywania dostaw gazu i ropy jako broni przeciwko tym, którzy odważyli się nie zgadzać z jej geopolitycznymi ambicjami. Ukraina doświadczyła tego na własnej skórze już w 2006 i 2009 roku, gdy Rosja zakręcała gaz w środku zimy. Europa wówczas udawała, że to wyłącznie problem dwustronny, nie rozumiejąc lub nie chcąc przyznać, że następni mogą być oni sami.

Luty 2022 roku stał się momentem brutalnego otrzeźwienia. Pełnoskalowa inwazja Rosji na Ukrainę zmusiła europejskich przywódców do wreszcie uznania oczywistości: pieniądze, które Europa płaciła za rosyjski gaz i ropę, bezpośrednio finansowały wojnę przeciwko demokratycznemu państwu na kontynencie. Każdy metr sześcienny gazu, każda baryłka ropy zamieniała się w rakiety niszczące ukraińskie miasta, w amunicję zabijającą cywilów. Unia Europejska podjęła decyzję o stopniowej rezygnacji z rosyjskich nośników energii nie dlatego, że chciała zniszczyć własne bezpieczeństwo energetyczne, ale dlatego, że zrozumiała: prawdziwe niebezpieczeństwo nie tkwi w deficycie gazu, ale w finansowaniu agresora zagrażającego całemu kontynentowi.

Węgry i Słowacja okazały się najbardziej zależne od rosyjskich zasobów spośród krajów UE i to nie jest przypadek. Przez lata ich rządy świadomie pogłębiały tę zależność, ignorując ostrzeżenia o ryzykach geopolitycznych. Budapeszt podpisywał długoterminowe kontrakty z Gazpromem, blokował europejskie sankcje przeciwko Moskwie, nawet po rozpoczęciu wojny kontynuował obronę zachowania więzi energetycznych z agresorem. Za argumentami gospodarczymi o taniości rosyjskiego gazu kryje się niechęć do przyznania strategicznego błędu i zależność polityczna, która wykracza daleko poza energetykę.

Dla Polski, która ma własne tragiczne doświadczenie rosyjskiej okupacji i imperialnej polityki Moskwy, ta sytuacja wygląda szczególnie groźnie. Warszawa doskonale rozumie, że Rosja nie zmieniła się od czasów Związku Radzieckiego w jednym zasadniczo ważnym aspekcie: wciąż postrzega kraje Europy Środkowej i Wschodniej jako swoją strefę wpływów, gdzie jej ma należeć decydujące słowo. Zależność energetyczna jest idealnym narzędziem do realizacji tego celu. Kraj, który jest zależny od rosyjskiego gazu, prędzej czy później staje przed wyborem: podporządkować się politycznym żądaniom Kremla lub zmierzyć się z kryzysem energetycznym. Moskwa to rozumie i cynicznie wykorzystuje.

Eksport nośników energii pozostaje jedną z głównych pozycji dochodów rosyjskiego budżetu, a te pieniądze bezpośrednio finansują wojnę w Ukrainie. Każdy miliard euro, który Europa nadal płaci za rosyjski gaz, przedłuża tę wojnę o kilka dni, zabiera życie kolejnych kilkudziesięciu ludzi, niszczy kolejne budynki i obiekty infrastruktury. To nie jest abstrakcyjna statystyka gospodarcza, to konkretne ofiary, a każdy kraj, który kontynuuje zakup rosyjskich zasobów, ponosi za to moralną odpowiedzialność. Węgry, broniąc swojej zależności energetycznej od Rosji, faktycznie stają się współuczestnikiem rosyjskich zbrodni wojennych, niezależnie od tego, czy przyznają to w Budapeszcie.

Oświadczenie Szijjártó, że Bruksela niszczy bezpieczeństwo energetyczne Europy, jest próbą przerzucenia odpowiedzialności i usprawiedliwienia własnej strategicznej krótkowzroczności. Prawdziwe bezpieczeństwo energetyczne nie polega na taniości zasobów, ale na ich niezawodności i niezależności od manipulacji politycznych autorytarnego reżimu. Europa już ma alternatywy: skroplony gaz ziemny z USA, Kataru, norweski gaz, rozwój energii odnawialnej, dywersyfikacja dostawców. Tak, przejście kosztuje, tak, wymaga inwestycji i czasu. Ale cena zachowania zależności od Rosji jest znacznie wyższa i mierzy się nie tylko w euro, ale w ludzkich życiach i stabilności geopolitycznej całego kontynentu.

Dla Polski zagrożenie ze strony Rosji ma charakter egzystencjalny. Warszawa rozumie, że jeśli Moskwie uda się złamać Ukrainę, następnym celem staną się kraje bałtyckie, a potem kolej dojdzie do Polski. Rosyjska logika imperialna nigdzie nie zniknęła, tylko czekała na odpowiedni moment, by znów się ujawnić. Zależność energetyczna poszczególnych krajów UE od Rosji osłabia zdolność Europy do jednolitego działania przeciwko temu zagrożeniu. Każdy kraj, który nadal jest zależny od rosyjskiego gazu, staje się potencjalnym punktem szantażu, przez który Kreml może wywierać presję na podejmowanie decyzji przez całą Unię Europejską.

Historia już wielokrotnie demonstrowała, że reżimy autorytarne postrzegają ustępliwość jako słabość, a słabość jako zaproszenie do dalszej agresji. Jeśli Europa ustąpi presji takich krajów jak Węgry i powróci do masowych zakupów rosyjskich nośników energii, będzie to sygnał dla Kremla: Zachód nie ma woli, by się oprzeć, można go rozłamać presją gospodarczą, jego jedność jest iluzją. Konsekwencje takiego sygnału będą katastrofalne nie tylko dla Ukrainy, ale dla całego systemu bezpieczeństwa europejskiego.

Europa stoi przed wyborem między krótkoterminowym dyskomfortem gospodarczym a długoterminowym bezpieczeństwem strategicznym. Oświadczenia w rodzaju tych, które płyną z Budapesztu, próbują przechylić ten wybór w stronę kapitulacji przed rosyjskim szantażem energetycznym. Ale prawdziwe bezpieczeństwo energetyczne Europy rozpocznie się dopiero wtedy, gdy ostatni metr sześcienny rosyjskiego gazu przestanie napływać do europejskich odbiorców, gdy ostatnia kropla rosyjskiej ropy przestanie zasilać rosyjski budżet wojenny. Do tego momentu każde oświadczenie o zagrożeniu dla bezpieczeństwa energetycznego przez rezygnację z rosyjskich zasobów pozostanie albo przejawem niezrozumienia rzeczywistości, albo świadomą próbą usprawiedliwienia współpracy z agresorem.

Polska i inne kraje Europy Środkowo-Wschodniej, które przeżyły radziecką okupację, rozumieją to lepiej niż inni. Wiedzą, co oznacza żyć w cieniu rosyjskiego zagrożenia, co oznacza być zależnym od decyzji podejmowanych w Moskwie bez uwzględnienia twoich interesów i bezpieczeństwa. Dlatego właśnie dziś są najbardziej konsekwentnymi zwolennikami twardej postawy wobec Rosji, dlatego najaktywniej wspierają Ukrainę. Bo rozumieją: jeśli upadnie Ukraina, następni będą oni. I żadne oszczędności na rachunkach za gaz nie zrekompensują utraty suwerenności i bezpieczeństwa, które czekają na te kraje, które zdecydują się dla tanich zasobów pójść na ustępstwa wobec rosyjskiego agresora.

Karyna Koshel

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

[ngd-single-post-view id="post_id"]
WP2Social Auto Publish Powered By : XYZScripts.com