Kolejne państwa na celowniku USA. „Trudno zrozumieć ambicje i kalkulacje Trumpa”

Wenezuela traktowana jak wasal, groźby użycia siły przeciwko Danii, Kubie, Iranowi. Donald Trump otwiera tyle frontów naraz, że trudno za nim nadążyć.

Czy stoi za tym jakiś plan? Czy tylko przekonanie, że USA mogą robić to, czego chce Trump? Udane porwanie dyktatora Wenezueli Nicolasa Maduro na początku roku na pewno wzmocniło przekonanie prezydenta, że może kształtować świat podług swojej woli. Mówił o tym otwarcie w wywiadzie dla „New York Times”, stwierdzając, że nie ogranicza go żadne prawo międzynarodowe i tradycja, ale tylko jego własna moralność i wola.

– Jeśli, podkreślmy, jeśli za tymi wszystkimi działaniami administracji USA stoi jakiś plan, to musi on być bardzo ogólnikowy. Generalnie odwołuje się do doktryny Monroe’go, co w praktyce oznacza demonstrowanie, iż USA mogą wpływać na to, co się dzieje we wszystkich państwach obu Ameryk. Że mają kontrolę nad tą częścią świata – mówi Gazeta.pl Mateusz Piotrowski, kierownik programu amerykańskiego w Polskim Instytucie Spraw Międzynarodowych. Sugestie kolejnych ataków na Iran oraz nalotów na Nigerię i Syrię wykraczają jednak poza te ramy. – Ciężko to zebrać w spójny przekaz, skoro sam Biały Dom twierdzi, że nie chce już być światowym policjantem – dodaje ekspert, podkreślając jednocześnie, że wszystkie te działania nie są celowym odciąganiem uwagi Amerykanów od problemów na arenie wewnętrznej. – Wenezuela – owszem – na chwilę ją na sobie skupiła, bo umówmy się, militarnie była to spektakularna operacja. Jednak praktyka jest taka, że zawsze wydarzy się coś, co znów zwróci oczy opinii publicznej na sprawy wewnętrzne. Zresztą sama administracja od nich nie ucieka, nie przemilcza. Wręcz przeciwnie, aktywnie pomaga kreować taki zalew wydarzeń na arenie krajowej, że trudno za nimi nadążyć. Także demokratom, którym trudno zdążyć zareagować, zanim pojawi się inny temat – opisuje Piotrowski. Ciągły napór wydarzeń światowych w tym pomaga, ale nie jest raczej celowo stosowanym narzędziem.Iran – „Rozważamy bardzo zdecydowane opcje”

Irański reżim brutalnie tłumi masowe protesty, wywołane głównie dramatyczną sytuacją gospodarczą kraju. Za sprawą nieudolnego zarządzania i presji sankcji nałożonych za prace nad bronią jądrową, Iran już od ponad dekady się osuwa. Problemy gwałtownie urosły w ubiegłym roku za sprawą nowych amerykańskich sankcji i wojny z Izraelem. Pod koniec grudnia wartość riala (waluta Iranu) tąpnęła; zaczął on w drastyczny sposób tracić na wartości, co przepełniło czarę goryczy. Ludzie wyszli na ulice, a że reżim nie ma nic innego do zaoferowania, więc stosuje przemoc. Służby bezpieczeństwa strzelają do ludzi na ulicach, 9 stycznia kraj odcięto od sieci. Nie ma pewnych informacji na temat ofiar, ale na pewno są one liczone w setkach. Część źródeł mówi już o tysiącach.

W tle tej tragedii Trump zaczął sugerować, że jest gotów interweniować w Iranie, jeśli „reżim nie przestanie zabijać ludzi”. Po takiej deklaracji skala represji tylko wzrosła, więc najnowsze stanowisko prezydenta USA mówi o „rozważaniu bardzo zdecydowanych opcji” działania przeciw władzom Iranu, w tym interwencję zbrojną, choć bez regularnej inwazji lądowej. Pentagon ma się „przyglądać” sprawie. Jednocześnie ze strony Teheranu przez weekend padły sugestie gotowości do rozmów z Waszyngtonem, ale bez konkretów. Szczegółów nie podał też Trump, informując, że irańskie przywództwo „zadzwoniło” do niego, chcąc rozmawiać.

– To wyraźny przykład, że za tym wszystkim raczej nie stoi plan. Oficjalnie Waszyngton chciałby się wycofać z Bliskiego Wschodu. Przestać nim zajmować. Jednak widać, że trudno porzucić pewne nawyki. Obalenie irańskiego reżimu ewidentnie jest wysoko na liście priorytetów Trumpa od jego pierwszej kadencji. Teraz na gorąco reaguje więc na sytuację. Myślę, że Trump może być skłonny nawet do bombardowań i uderzeń na cele związane z reżimem, aby go maksymalnie osłabić i ułatwić działanie wewnętrznej opozycji. Jednak nie wydaje mi się, aby Amerykanie chcieli jakoś ręcznie sterować przemianami w Iranie, nawet gdyby mieli taką możliwość – mówi Mateusz Piotrowski.Grenlandia – „Musi być nasza”

Jednocześnie Trump kontynuuje presję w kwestii Grenlandii, rozległej wyspy u północnych wybrzeży Ameryki Północnej, która jest terytorium zależnym Danii. Żyje na niej 56 tysięcy ludzi, podczas gdy jej powierzchnia jest około 7 razy większa niż Polski. Większość to lądolód. Trump twierdzi, że wyspa jest potrzebna USA głównie ze względów bezpieczeństwa, bo inaczej zawładną nią Chińczycy i Rosjanie. – Państwa muszą posiadać. Gdy się coś posiada, to się tego broni. Nie broni się wynajmowanych rzeczy, a my będziemy musieli bronić Grenlandii – twierdził w weekend Trump. To dowodzi, że USA muszą „mieć” wyspę. – Możemy do tego dojść po dobroci albo siłą – dodawał Trump.

Jak już pisaliśmy ani Chiny, ani Rosja nie stanowią realnego zagrożenia dla Grenlandii i nie mają nawet wizji zawładnięcia nią, poza mglistymi deklaracjami chęci zwiększania obecności w Arktyce. Amerykanie mają natomiast już największą bazę na wyspie i na mocy istniejących porozumień z Danią, sojusznikiem z NATO, mogą robić tam właściwie wszystko, co uznają za słuszne w kontekście jej obrony. Trump grozi więc siłą jednemu z sojuszników.

– Naprawdę jestem ciekaw, o co chodzi Trumpowi. Nie wiemy jakie informacje przedstawia mu wywiad, choć wiadomo, że on nie przepada za ich studiowaniem. Jednak argumenty o bezpieczeństwie czy surowcach wydają się słabe. Co więcej, badania opinii publicznej w USA wyraźnie pokazują, że społeczeństwo jest przeciwne kupowaniu czy zajmowaniu wyspy. Trudno więc zrozumieć, jakie stoją za tym ambicje i kalkulacje. Administracja jednak naciska, więc nie ma innej możliwości, jak brać to na poważnie – ocenia Piotrowski.

Wenezuela – „pełniący obowiązki prezydenta”

Po uprowadzeniu Maduro w nocy z 2 na 3 stycznia Trump i jego współpracownicy twierdzą, że faktycznie zarządzają Wenezuelą za pośrednictwem pozostawionej na miejscu zastępczyni dyktatora, Delcy Rodrigues. Co sądzi o jej roli, prezydent USA pokazał dobitnie w poniedziałek nad ranem, wrzucając do sieci swoje zdjęcie z podpisem „Pełniący obowiązki prezydenta Wenezueli”. Jak faktycznie wygląda wpływ Amerykanów na sytuację w tym południowoamerykańskim kraju, jest jednak co najmniej niejasne. Nie ma bowiem żadnych konkretnych dowodów na to, aby Wenezuelczycy robili coś, co nakaże im Waszyngton. Ewidentnie są kontakty i Amerykanie mają badać możliwość ponownego otwarcia ambasady w Caracas, ale daleko do sterowania krajem.Trump nie kryje przy tym, że głównie interesuje go wenezuelska ropa i władze, które tańczą, jak im zagra. W piątek w Białym Domu odbyło się spotkanie Trumpa, sekretarza stanu Marco Rubio i szefów szeregu firm naftowych, które działają albo działały w Wenezueli. Prezydent USA oświadczył, że oczekuje od nich inwestycji w tym państwie na poziomie 100 miliardów dolarów, aby móc znacznie zwiększyć wydobycie i eksport ropy. Wszystko ma być załatwione z pominięciem władz Wenezueli, korzyści mają być amerykańskie. „Załatwiacie to z nami. Nie z Wenezuelczykami”. Reakcja ze strony biznesu była mało entuzjastyczna. Wprost wyraził to szef koncernu Exxon, który nazwał Wenezuelę „nienadającą się do inwestowania”, jeśli nie dojdzie w kraju do fundamentalnych zmian. W reakcji Trump zasugerował w niedzielę, że za brak entuzjazmu Exxon może zostać wykluczony z możliwości robienia biznesu z Wenezuelą.

– Na razie nie ma dowodów na to, aby Amerykanie realnie sprawowali kontrolę nad Wenezuelą i jej sektorem wydobycia ropy. Mówią o tym tylko komunikaty Waszyngtonu, choć ewidentnie kontakt z władzami w Caracas jest utrzymywany. Przy czym nie można wykluczyć kolejnych interwencji zbrojnych, jeśli bardziej twardogłowi gracze w wenezuelskim reżimie nie będą skłonni do współpracy. To, co widać jednak ewidentnie, to że wolność i demokracja nie są priorytetami, mimo że z listy celów najpewniej nie zniknęły. O tym przekonamy się jednak dopiero przy organizacji na razie tylko sugerowanych przez Amerykanów przyśpieszonych wyborów – ocenia Piotrowski.Kuba – „Dogadajcie się, zanim będzie za późno”

Z perspektywy Waszyngtonu Kuba jest kolejnym błędem na mapie Ameryk, który trzeba naprawić. Wrogość obu państw jest oczywista od lat 50. i rewolucji komunistycznej Fidela Castro. Dzisiejsza Kuba to jednak dryfujący wrak pod przywództwem partii komunistycznej i prezydenta Miguela Diaz-Canela. Wyspa jest w katastrofalnej sytuacji gospodarczej, a największym wyzwaniem ludności jest zdobyć dość żywności i strategicznie zaplanować życie wokół kilku godzin, gdy jest prąd. Kuba problemy miała od lat, ale od początku drugiej kadencji Trumpa władze USA przyjęły politykę maksymalnej presji przy pomocy sankcji, tylko je pogłębiając.

Wenezuela była niezwykle istotna dla przetrwania Kuby. Od lat reżim w Caracas dostarczał swoim ideowym krewnym w Hawanie darmową ropę, wykorzystywaną głównie w elektrowniach. Do niedawna było to około połowy potrzeb wyspy. W zamian Kuba wysyłała różnego rodzaju specjalistów, doradców i wspomagała wenezuelską służbę zdrowia. Teraz Trump deklaruje, że ropa z Wenezueli na wyspę już nie popłynie. To zapowiedź jeszcze większej katastrofy. Choć reżim w Caracas w weekend zapewnił o trwaniu przy „braterskich” więzach z Kubą, to faktycznie Amerykanie mogą zablokować każdy eksport ropy. Dlatego Trump w weekend w mediach społecznościowych „usilnie” zasugerował władzom w Hawanie, aby się z nim dogadały „zanim będzie za późno”.

– Wydaje mi się, że na razie to tylko presja polityczna. Tylko i aż, bo od uprowadzenia Maduro wiarygodność gróźb Trumpa istotnie się zwiększyła. Jestem w stanie sobie wyobrazić, że zachęcony tamtym sukcesem prezydent zdecyduje się też na użycie siły na Kubie. Tym bardziej że tamtejszy reżim już od dekad trwa w permanentnym kryzysie, choć ciągle nie upadł. Trudno więc o pewność, że zrobi to niebawem – podsumowuje ekspert Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych.

Źródło: gazeta.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

[ngd-single-post-view id="post_id"]
WP2Social Auto Publish Powered By : XYZScripts.com