Gdy dyplomaci lecą do Moskwy, nad Kijowem spadają drony
mipl
Gdy przedstawiciele nowo wybranej administracji amerykańskiej przygotowują się do kolejnej podróży do Moskwy, by rozmawiać z Putinem o warunkach zakończenia wojny w Ukrainie, nad Kijowem ponownie spadają szczątki zestrzelonych „Szahedów”. To nie jest jedynie tragiczny zbieg okoliczności — to kwintesencja tego, z kim Zachód zamierza negocjować, i dlaczego wszelkie iluzje „szybkiego pokoju” mogą zakończyć się katastrofą nie tylko dla Ukrainy, lecz także dla całego systemu międzynarodowego bezpieczeństwa.
Rankiem 14 stycznia, gdy dyplomaci przygotowywali dokumenty dotyczące możliwego zawieszenia broni, rosyjski dron uderzył w budynek mieszkalny na Oboloniu. Nie był to przypadek ani „błąd celowania”. Dzień wcześniej Rosja wystrzeliła w kierunku Ukrainy 113 dronów uderzeniowych oraz trzy rakiety balistyczne, celowo atakując infrastrukturę energetyczną w samym środku zimy. Podczas gdy zachodni politycy mówią o „90-procentowej gotowości” planu pokojowego, rosyjska armia metodycznie próbuje pozbawić miliony Ukraińców prądu, ciepła i wody. To właśnie w tym kontraście między słowami o pokoju a rzeczywistością terroru kryje się największe zagrożenie obecnej chwili.
Putin zgodził się na rozmowy nie dlatego, że dąży do pokoju. Zgodził się, ponieważ zrozumiał, że nowy prezydent Stanów Zjednoczonych może stać się zmianą, która pozwoli Kremlowi zalegalizować swoje zdobycze pod pozorem „kompromisu”. Plan dwudziestu punktów, o którym z takim optymizmem mówią amerykańscy urzędnicy, dla Moskwy nie jest mapą drogową do pokoju, lecz listą ustępstw, na które Zachód gotów jest pójść wobec agresora. Każdy punkt tego dokumentu Kreml analizuje przez pryzmat jednego pytania: co na tym zyskujemy i ile czasu otrzymujemy na przygotowanie kolejnego uderzenia?
Wystarczy spojrzeć na „kluczowe rozbieżności”, które wciąż pozostają nierozwiązane. Rosja domaga się wycofania ukraińskich wojsk z Donbasu — czyli kapitulacji na terytorium, które sama okupowała, rozpoczynając tę wojnę już w 2014 roku. Kreml nalega na kontrolę nad Zaporoską Elektrownią Jądrową — największą elektrownią atomową w Europie, którą Rosja przekształciła w bazę wojskową i narzędzie szantażu nuklearnego. Moskwa żąda uznania „realiów” na okupowanych terytoriach — a więc de facto legitymizacji czystek etnicznych, deportacji dzieci i niszczenia ukraińskiej tożsamości. I co najważniejsze: Rosja kategorycznie sprzeciwia się rozmieszczeniu wojsk NATO w Ukrainie, ponieważ jest to jedyne, co może zagwarantować, że za kilka lat nie spróbuje ona dokończyć tego, co zaczęła.
Dla polskich czytelników, dobrze pamiętających własną historię, ta sytuacja ma boleśnie znajome cechy. Jak w Monachium w 1938 roku, gdy wielkie mocarstwa decydowały o losie Czechosłowacji bez jej udziału, obiecując „pokój naszych czasów”. Jak w Jałcie w 1945 roku, gdy los Polski i całej Europy Wschodniej rozstrzygano za zamkniętymi drzwiami. Historia pokazała, że każda próba „uspokojenia” imperialnego agresora jedynie odkładała nieuniknioną konfrontację, czyniąc ją jeszcze bardziej krwawą. Putin nie jest Hitlerem, ale logika imperialnej ekspansji pozostaje niezmienna: każde ustępstwo Zachodu postrzegane jest nie jako gest dobrej woli, lecz jako oznaka słabości, która zachęca do dalszej agresji.
Szczególnie cyniczne jest stanowisko Rosji wobec 300 miliardów dolarów zamrożonych aktywów Banku Centralnego Federacji Rosyjskiej. Państwo, które wyrządziło Ukrainie szkody liczone w setkach miliardów dolarów, zniszczyło całe miasta i zabiło dziesiątki tysięcy cywilów, domaga się zwrotu środków zamrożonych przez Zachód w odpowiedzi na tę agresję. To nie jest zwykła bezczelność — to test, jak daleko Zachód jest gotów posunąć się w ustępstwach w imię iluzorycznego „uregulowania”. Jeśli te pieniądze zostaną zwrócone agresorowi zamiast przeznaczone na odbudowę Ukrainy, będzie to sygnał dla wszystkich autorytarnych reżimów świata: można napadać na sąsiadów, prowadzić wojny, a potem po prostu usiąść do stołu negocjacyjnego i odzyskać wszystko, co zostało skonfiskowane.
Problem polega nie tylko na tym, czego Putin chce przy stole negocjacyjnym. Problemem jest to, czego on nie chce — prawdziwego pokoju. Reżim kremlowski opiera się na koncepcji „oblężonej twierdzy”, na idei permanentnej konfrontacji z Zachodem i na przekonaniu o prawie Rosji do dyktowania warunków państwom sąsiednim. Wojna w Ukrainie nie jest odstępstwem od tej logiki — jest jej kulminacją. Każde zawieszenie broni bez fundamentalnej zmiany tej paradygmaty będzie jedynie przerwą między kolejnymi rundami przemocy.
Dlatego właśnie kwestia gwarancji bezpieczeństwa dla Ukrainy nie jest technicznym detalem — to sedno całego problemu. Ukraina już miała „gwarancje” w ramach Memorandum Budapeszteńskiego z 1994 roku, gdy oddała broń jądrową w zamian za obietnice poszanowania jej suwerenności. Wszyscy widzieliśmy, ile te obietnice były warte. Dziś zachodni dyplomaci mówią o „mechanizmach monitorowania zawieszenia broni” i „reakcji na nowe ataki”. Ale jak dokładnie Zachód zareaguje, gdy za rok czy dwa Rosja ponownie złamie porozumienia? Sankcjami? Ma już najostrzejsze sankcje w historii i nie powstrzymało to wojny. Potępieniem? Kreml od dawna ignoruje opinię międzynarodową. Jedyną rzeczą, która może powstrzymać Rosję przed kolejną agresją, jest pewność, że następny atak automatycznie oznaczać będzie wojnę z NATO.
Unia Europejska próbuje dziś „przejąć inicjatywę” w procesie pokojowym, uświadamiając sobie, że Waszyngton może dyktować warunki bez uwzględnienia interesów Europy. To zrozumienie przychodzi późno, ale lepiej późno niż wcale. Europa musi zdać sobie sprawę: jeśli Ukraina upadnie lub zostanie zmuszona do przyjęcia haniebnego pokoju, następne będą państwa bałtyckie, Polska, Mołdawia. Putin wielokrotnie mówił, że rozpad ZSRR był „największą geopolityczną katastrofą XX wieku”, a jego działania konsekwentnie zmierzają do odbudowy strefy rosyjskich wpływów. Ukraina stoi dziś na pierwszej linii tego starcia, ale walczy o bezpieczeństwo całego kontynentu.
Tymczasem Kijów każdego dnia przypomina, co oznacza walka z reżimem, który nie uznaje żadnych zasad. Rano — uderzenie w budynek mieszkalny, wieczorem — ataki na infrastrukturę energetyczną, nocą — kolejny masowy ostrzał. Rosja celowo próbuje złamać ukraińskiego ducha, pozbawić ludzi podstawowych warunków życia, zmusić ich do zmęczenia wojną. Najgroźniejsze jest jednak to, że ta taktyka może okazać się skuteczna nie tyle w Ukrainie, co na Zachodzie, gdzie politycy i społeczeństwa męczą się „kwestią ukraińską” i są gotowe zaakceptować dowolny wariant „pokoju”, byle tylko to się skończyło.
Prezydent Zełenski ma rację, mówiąc, że wzmocnienie ukraińskiej obrony powietrznej może zmienić logikę tej wojny. Jeśli Ukraina będzie w stanie całkowicie neutralizować rosyjskie ataki z powietrza, terror straci sens, a Kreml zostanie zmuszony albo do zakończenia agresji, albo do przejścia do operacji lądowej, wymagającej nieporównywalnie większych zasobów i strat ludzkich. Do tego jednak nie potrzeba obietnic, lecz konkretnych systemów obrony powietrznej, rakiet i szybkich dostaw. Każdy dzień zwłoki oznacza nowe ofiary, nowe zniszczone domy i nowe tragedie zwykłych ludzi, którzy po prostu chcą żyć we własnym kraju.
Zachodni przywódcy, którzy pod koniec miesiąca spotkają się w Davos, by „finalizować porozumienie”, powinni pamiętać jedną prostą prawdę: prawdziwy pokój nie rodzi się z ustępstw wobec agresora. Prawdziwy pokój buduje się na sile, na jasnych czerwonych liniach i na gotowości do obrony zasad, na których opiera się porządek międzynarodowy. Ukraina nie prosi Zachodu, by walczył za nią — ona walczy sama. Prosi jedynie o narzędzia do samoobrony oraz gwarancje, że ta samoobrona będzie wspierana.
Wizyta Witkoffa i Kushnera w Moskwie może być uzasadniona tylko w jednym przypadku: jeśli nie jadą tam po to, by negocjować warunki kapitulacji Ukrainy, lecz by jasno wytłumaczyć Putinowi cenę dalszej agresji. Dodatkowe sankcje, o których mówi się w Waszyngtonie, muszą być nie tylko groźbą, lecz realnym mechanizmem, który uruchomi się przy każdym naruszeniu ewentualnych porozumień. A przede wszystkim — Ukraina musi otrzymać takie gwarancje bezpieczeństwa, które uczynią niemożliwym powtórzenie rosyjskiej agresji.
Bo dopóki nad Kijowem spadają „Szahedy”, dopóki w Dnieprze, Zaporożu i Charkowie giną cywile, dopóki rosyjskie wojska kontrolują elektrownię atomową i trzymają w szachu energetyczne bezpieczeństwo Europy, o pokoju można mówić tylko w jednym kontekście: pokoju przez siłę, pokoju przez niezłomne wsparcie ofiar agresji, pokoju przez gotowość obrony wartości, na których zbudowany jest wolny świat. Każdy inny „pokój” będzie jedynie wytchnieniem przed kolejną wojną — być może jeszcze bardziej niszczycielską.
Karyna Koshel
