Spotkanie USA, Rosji i Ukrainy: szansa na dialog czy polityczna pułapka?

REUTERS/Hamad Al Kaabi

Druga runda negocjacji w Abu Zabi, przeniesiona z 1 lutego na dni 4–5 lutego, pokazuje to, co było jasne od samego początku: Rosja nie jest gotowa na prawdziwy dialog. Jest gotowa jedynie na jego imitację, na grę na czas oraz na próbę utrwalenia swoich zdobyczy terytorialnych pod przykrywką dyplomacji. A sposób, w jaki rozwijają się wydarzenia wokół tego spotkania, z każdym dniem coraz wyraźniej potwierdza tę tezę.

Zacznijmy od tzw. „rozejmu energetycznego”, który Kreml rzekomo ogłosił do 1 lutego. Dmitrij Pieskow, rzecznik Putina, tłumaczył to „tworzeniem sprzyjających warunków do negocjacji”. Spójrzmy jednak na fakty: przez poprzednie dwa tygodnie Rosja metodycznie niszczyła ukraińską infrastrukturę energetyczną właśnie w momencie, gdy kraj został dotknięty nową falą dotkliwych mrozów. Nie była to zwykła taktyka wojskowa, lecz świadoma próba wywołania katastrofy humanitarnej — zmuszenia milionów ludzi do życia bez prądu i ogrzewania przy ujemnych temperaturach. I dopiero teraz, gdy świat wreszcie zareagował, gdy nawet Donald Trump publicznie potępił te działania, Putin nagle „ofiarowuje” pauzę. Nie jest to gest dobrej woli, lecz manewr taktyczny — próba pokazania Trumpowi i światu, że Kreml rzekomo jest gotów do konstruktywnej rozmowy. W rzeczywistości potwierdza to jedynie, że Moskwa prowadzi negocjacje nie jako równorzędna strona, lecz jako manipulator, który wykorzystuje ludność cywilną jako narzędzie nacisku.

Sama struktura rosyjskich żądań negocjacyjnych obnaża prawdziwe intencje Kremla. Centralnym elementem stanowiska Moskwy stała się tzw. „formuła Anchorage” — żądanie przekazania Rosji pełnej kontroli nad Donbasem oraz zamrożenia obecnych linii frontu na ostatnio okupowanych terytoriach. Kreml twierdzi, że formuła ta była rzekomo omawiana podczas spotkania przywódców USA i Rosji na Alasce, choć nie istnieją żadne dokumentalne dowody takich ustaleń. To klasyczna rosyjska taktyka: stworzyć iluzję wcześniejszych porozumień, powoływać się na nieformalne rozmowy, a następnie domagać się uznania tych fikcji za fakt.

Nawet gdyby takie spotkanie faktycznie miało miejsce i coś tam omawiano, zasadnicze pytanie pozostaje niezmienne: jakie moralne i prawne podstawy mogłoby mieć jakiekolwiek porozumienie dotyczące suwerennego terytorium Ukrainy, zawarte bez udziału samej Ukrainy? Wołodymyr Zełenski mówi o tym wprost: wcześniejsze kontakty między Rosją a USA, których treść nie została oficjalnie przekazana Kijowowi, zaszkodziły pozycji Ukrainy i do dziś wpływają na jej zdolność obrony własnej linii. To nie paranoja ani uraza, lecz opis rzeczywistości, w której wielkie mocarstwo i globalny hegemon mogą ulec pokusie decydowania o losie trzeciego państwa bez jego zgody, jeśli okaże się to geopolitycznie wygodne.

Kwestia terytorialna stała się punktem największych rozbieżności właśnie dlatego, że ujawnia fundamentalną różnicę podejść. Sekretarz stanu USA Marco Rubio przyznał, że negocjacje w istocie sprowadziły się do jednego pytania: pod czyją kontrolą ostatecznie znajdzie się obwód doniecki. Dla Rosji jest to pozycja wyjściowa — żądanie, które musi zostać spełnione przed jakimkolwiek zawieszeniem wojny. Dla Ukrainy to czerwona linia, której nie można przekroczyć w żadnych okolicznościach. Kijów nie traktuje Donbasu jako przedmiotu targów i nie jest gotów omawiać jego przekazania ani w zamian za zawieszenie broni, ani za jakiekolwiek gwarancje bezpieczeństwa.

Warto w tym miejscu zatrzymać się nad głębszym znaczeniem tej nieugiętej postawy Ukrainy. Nie jest to upór ani niezdolność do kompromisu. To świadomość, że ustępstwo nie przyniesie pokoju — jedynie utrwali zasadę, zgodnie z którą agresor może siłą zająć cudze terytorium, a następnie uzyskać międzynarodowe uznanie swoich zdobyczy poprzez „proces negocjacyjny”. Jeśli świat zgodzi się na taki precedens w przypadku Ukrainy, w istocie unieważni cały system prawa międzynarodowego stworzony po II wojnie światowej. A kolejną ofiarą może stać się każdy — państwa bałtyckie, Polska, Mołdawia, każde państwo, które Rosja uzna za swoją strefę wpływów.

Dynamika samych negocjacji również pokazuje, że Moskwa nie jest zainteresowana szybkim osiągnięciem sprawiedliwego pokoju. Początkowo Kreml zgodził się na format trójstronny z udziałem USA, lecz obecnie okazuje się, że kluczowi amerykańscy negocjatorzy — Steve Witkoff i Jared Kushner — mogą nie wziąć udziału w kolejnej rundzie z powodu napięć wokół Iranu. To sprowadza spotkanie w dniach 4–5 lutego do technicznej sesji, podczas której omawiane są kwestie drugorzędne — bezpieczeństwo, gospodarka, sankcje — przy jednoczesnym unikaniu kluczowego problemu terytorialnego. Logika strony amerykańskiej, według ekspertów, polega na tym, by najpierw uzgodnić wszystko, co możliwe poza kwestią terytorium, a dopiero potem przejść do skoordynowanej presji na obie strony.

Logika ta działa jednak tylko wtedy, gdy obie strony rzeczywiście dążą do pokoju. Rosja prezentuje zupełnie inną strategię: wykorzystuje proces negocjacyjny do zyskania czasu, legitymizowania swoich zdobyczy oraz rozbijania jedności Zachodu. Każda runda rozmów bez konkretnych rezultatów to kolejny tydzień lub miesiąc, w którym Rosja może umacniać kontrolę nad okupowanymi terytoriami, budować nowe fortyfikacje i integrować zajęte regiony ze swoim systemem administracyjnym. To kolejny okres, w którym w zachodnich społeczeństwach narasta zmęczenie wojną, a w polityce zaczynają dominować hasła „realizmu” i „konieczności kompromisów”.

Reakcja Trumpa na rosyjskie ataki na infrastrukturę energetyczną pokazuje, że presja na Moskwę jest możliwa i że działa. Gdy prezydent USA publicznie potępił uderzenia na ukraińską energetykę podczas mrozów, Putin odpowiedział ogłoszeniem pauzy. Oznacza to, że Kreml jest wrażliwy na stanowisko Waszyngtonu i że Rosja nie jest gotowa całkowicie ignorować opinii Stanów Zjednoczonych. Jednocześnie pokazuje to, że bez stałej i narastającej presji Moskwa powraca do swojej standardowej taktyki terroru i zniszczenia.

Bez aktywnego pośrednictwa USA produktywny dialog między Ukrainą a Rosją jest mało prawdopodobny. Kluczowe jest jednak to, jak takie pośrednictwo powinno wyglądać. Jeśli Waszyngton ograniczy się do roli neutralnego moderatora, równo oddalonego od obu stron, da to Moskwie możliwość nieskończonego przeciągania procesu. Jeśli jednak USA jasno zakomunikują, że agresja nie będzie nagradzana, a integralność terytorialna Ukrainy jest zasadą nienaruszalną, pojawi się szansa na realny postęp.

Druga runda negocjacji w dniach 4–5 lutego raczej nie przyniesie przełomu. Będzie to raczej kontynuacja procesu — techniczne rozmowy, kolejna runda walki pozycyjnej. I właśnie w tym tkwi zagrożenie: każda taka runda tworzy iluzję postępu, iluzję zbliżania się do pokoju, podczas gdy w rzeczywistości Rosja odtwarza sprawdzony schemat — mówi o pokoju, imituje gotowość do kompromisu, nie ustępując w niczym istotnym i czekając, aż druga strona się zmęczy i ustąpi.

Ukraina nie może pozwolić sobie na to zmęczenie. Nie dlatego, że ukraińskie społeczeństwo jest szczególnie militarystyczne czy niezdolne do kompromisu, lecz dlatego, że stawka jest zbyt wysoka. Nie chodzi jedynie o kilka obwodów na wschodzie — chodzi o przetrwanie Ukrainy jako niezależnego państwa, o możliwość życia milionów ludzi w wolnym kraju, o przyszłość całego systemu międzynarodowego bezpieczeństwa. Jeśli Donbas zostanie przekazany Rosji w ramach jakiegokolwiek „kompromisu”, nie zatrzyma to Putina — da mu jedynie czas na przegrupowanie i przygotowanie kolejnego uderzenia.

Dlatego stanowisko Ukrainy musi pozostać niezmienne: terytorium nie jest przedmiotem negocjacji. Nie jest to maksymalizm, lecz jedyna możliwa postawa — nie tylko dla samej Ukrainy, ale również dla jej partnerów. Świat musi to zrozumieć i wesprzeć, póki jeszcze nie jest za późno.

Karyna Koshel

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

[ngd-single-post-view id="post_id"]
WP2Social Auto Publish Powered By : XYZScripts.com