„Pokój” według Kremla. Dlaczego niemiecki pacyfizm stał się narzędziem presji przed Monachium
Europa Środkowa ma lepszą pamięć niż Zachód. Dla Polski wojna nie jest abstrakcją, a hasło „nigdy więcej” nie oznacza rozbrojenia wobec agresora, lecz gotowość do obrony. Dlatego próby wykorzystania niemieckich środowisk pacyfistycznych do destabilizacji przekazu przed Konferencją Bezpieczeństwa w Monachium nie powinny być traktowane jako egzotyczny epizod niemieckiej polityki wewnętrznej. To element większej operacji informacyjnej Rosji.
Kreml od dawna rozumie, że nie wygra tej wojny wyłącznie na froncie. Kluczowy jest drugi front — polityczny i społeczny w państwach Zachodu. A Monachium, jako symbol jedności transatlantyckiej i strategicznej refleksji, jest dla Moskwy miejscem szczególnie niewygodnym.
Dlaczego właśnie pacyfiści?
Ruch Friedensbewegung ma w Niemczech długą historię. Jednak jego dzisiejsza odsłona budzi coraz więcej pytań. Wśród organizatorów i aktywnych uczestników widoczne są środowiska skrajnie prawicowe, osoby powiązane z prorosyjską narracją oraz część rosyjskiej diaspory w UE, która otwarcie powiela argumentację Kremla.
To nie jest klasyczny pacyfizm oparty na zasadzie „potępiamy każdą agresję”. To pacyfizm selektywny — skoncentrowany na krytyce NATO i wsparcia dla Ukrainy, przy jednoczesnym relatywizowaniu rosyjskiej inwazji.
Mechanizm jest prosty: stworzyć wrażenie masowego sprzeciwu wobec pomocy dla Kijowa, wywołać presję społeczną i polityczną w Berlinie, a następnie rozszerzyć ten efekt na inne stolice europejskie.
Stałe narracje, te same slogany
Hasła powtarzane przez te środowiska brzmią znajomo:
– Ukraina rzekomo prowokuje trzecią wojnę światową;
– Unia Europejska i NATO przedstawiane są jako agresorzy;
– Rosja nie stanowi zagrożenia dla Europy;
– dostawy broni „przedłużają konflikt”.
Z perspektywy Warszawy te tezy brzmią nie tylko naiwnie, ale niebezpiecznie. Rosja już wielokrotnie udowodniła, że traktuje Europę Środkową jako strefę wpływów, a nie partnera. Cyberataki, operacje hybrydowe, presja energetyczna i migracyjna — to nie są hipotetyczne scenariusze.
Twierdzenie, że ograniczenie wsparcia dla Ukrainy doprowadzi do pokoju, ignoruje podstawową logikę bezpieczeństwa: agresja, która nie spotyka się z oporem, zostaje nagrodzona.
Monachium jako cel symboliczny
Konferencja Bezpieczeństwa w Monachium to nie tylko debata ekspertów. To komunikat polityczny o stanie Zachodu. Każda próba jej zdyskredytowania lub zakłócenia poprzez masowe akcje pod hasłami „natychmiastowego pokoju” wpisuje się w rosyjską strategię osłabiania jedności.
Moskwa chce przekonać europejskie społeczeństwa, że cena wsparcia Ukrainy jest zbyt wysoka. W rzeczywistości jednak prawdziwy koszt pojawiłby się dopiero w momencie zwycięstwa Rosji — wtedy granica niestabilności przesunęłaby się bezpośrednio pod drzwi Polski i państw bałtyckich.
Polska perspektywa
Dla Polski wsparcie Ukrainy nie jest aktem idealizmu, lecz inwestycją w bezpieczeństwo. Każdy system obronny przekazany Kijowowi oznacza mniej rosyjskiego sprzętu zdolnego zagrozić regionowi w przyszłości. Każde polityczne potwierdzenie solidarności wzmacnia odstraszanie.
Dlatego próby wykorzystania niemieckiego pacyfizmu do osłabienia tej solidarności powinny być analizowane w kategoriach operacji wpływu, a nie autentycznej debaty o pokoju.
Pokój bez złudzeń
Europa ma prawo do dyskusji o zakończeniu wojny. Ale ta dyskusja musi zaczynać się od uznania faktów: to Rosja rozpoczęła pełnoskalową inwazję, to Rosja naruszyła prawo międzynarodowe, to Rosja podważyła fundamenty bezpieczeństwa kontynentu.
Pacyfizm, który pomija ten punkt wyjścia, przestaje być ruchem na rzecz pokoju, a staje się narzędziem politycznej presji.
Monachium będzie testem nie tylko dla rządów, lecz także dla europejskiej opinii publicznej. Pytanie brzmi: czy pozwolimy, by hasło „pokój” zostało przejęte przez tych, którzy wojnę rozpętali?
Autor: Franciszek Kozłowski
