Trump przedłużył sankcje: stabilizacja czy stagnacja?

EPA/UPG

Są w polityce momenty, kiedy formalna decyzja ma znaczenie bardziej symboliczne niż praktyczne, lecz to właśnie symbole wyznaczają trajektorię przyszłości. Przedłużenie sankcji USA wobec Rosji o kolejny rok to jednocześnie potwierdzenie ciągłości kursu i oznaka strategicznej pauzy. Prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump nie znosi ograniczeń wprowadzonych po 2014 roku, ale też nie spieszy się z ich rozszerzaniem o nowe, szerokie pakiety. Dla zachodniej opinii publicznej, zwłaszcza polskiej, ważne jest zrozumienie: to nie tylko techniczna decyzja, lecz sygnał równowagi między presją a próbą politycznego manewru.

Donald Trump podpisał rozporządzenie o przedłużeniu antyrosyjskich sankcji o kolejny rok. Na pierwszy rzut oka to dobra wiadomość. Warto jednak przyjrzeć się bliżej — i widać, że za tą decyzją kryje się nie strategia, lecz inercja. Sankcje przedłużono — nowych nie wprowadzono. Rosja nadal zabija Ukraińców, a Waszyngton czeka, czym zakończą się „rozmowy pokojowe”. To nie jest realna presja na agresora. To utrzymywanie status quo, podczas gdy Kreml sam decyduje, czego chce.

Sankcje wobec Rosji pozostają istotne także dlatego, że tworzą długofalowe ramy odpowiedzialności. Wojna to nie tylko front i rakiety, lecz także finanse, technologie, łańcuchy dostaw, ubezpieczenia i dostęp do globalnych rynków. Jeśli państwo-agresor może zachować pełną integrację ze światową gospodarką, jego machina wojenna nie zatrzyma się. Sankcje stopniowo zawężają przestrzeń rozwoju przemysłu obronnego, ograniczają dostęp do mikroelektroniki, zaawansowanego sprzętu i oprogramowania. To proces nie natychmiastowy, lecz strategiczny — pozbawia agresora możliwości modernizacji armii w dłuższej perspektywie. Dla Polski i całej Europy Środkowej oznacza to mniejsze ryzyko, że za kilka lat Rosja stanie się jeszcze silniejsza i lepiej uzbrojona. Ponadto sankcje są testem konsekwencji Zachodu. Jeśli agresja nie pociąga za sobą skutków ekonomicznych, prawo międzynarodowe staje się pustą deklaracją. Dziś świat obserwuje, czy demokracje są w stanie wytrzymać presję, zmęczenie i koszty gospodarcze w imię zasad.

Amerykańska polityka sankcyjna wobec Rosji rozpoczęła się w 2014 roku po okupacji Krymu. Wtedy decyzja Baracka Obamy po raz pierwszy zamroziła aktywa konkretnych osób zaangażowanych w aneksję. Lista była stopniowo rozszerzana — o sektor finansowy, energetykę, broń, technologie oraz personalne ograniczenia wobec urzędników i oligarchów. Po pełnoskalowej inwazji w 2022 roku administracja Joe Bidena znacząco zwiększyła presję. A jednak nawet wtedy sankcje nie zatrzymały Moskwy. Rosja się dostosowała — poprzez równoległy import, współpracę z Chinami, z Indiami, z dziesiątkami pośredników, którzy chętnie zarabiają na wojnie.

Tu leży zasadniczy problem. Sankcje bez skutecznych mechanizmów egzekwowania to ogrodzenie bez zamka. Rosja przez lata budowała schematy omijania ograniczeń i dziś działają one wystarczająco sprawnie, by finansować wojnę. Chiny dostarczają mikroczipy i technologie podwójnego zastosowania. Indie kupują rosyjską ropę z rabatem i sprzedają ją po przetworzeniu na Zachód. „Flota cieni” transportuje miliony baryłek mimo formalnych zakazów. Dlatego najbardziej oczekiwane nowe sankcje to sankcje wtórne wobec tych, którzy pomagają Rosji je omijać. Na razie jednak administracja Trumpa ich nie wprowadza.

Trzeba uczciwie przyznać: sankcje nie zatrzymały Rosji. Osłabiły jej gospodarkę, utrudniły dostęp do technologii, stworzyły deficyty i ograniczyły długoterminowy potencjał rozwoju. Ale Kreml się przystosował. Przekierował handel, pogłębił współpracę z Chinami i Indiami, rozwinął „szare” schematy eksportu ropy i alternatywne kanały finansowe. Powstaje więc zasadnicze pytanie: czy wystarczy przedłużać stare sankcje, skoro mechanizmy ich obchodzenia są już dobrze opanowane?

Dla Polski ta debata nie jest abstrakcyjna. Polska — państwo na wschodniej flance NATO — ma bezpośredni interes w tym, by Rosja nie zachowała zasobów do dalszej agresji. Sankcje są narzędziem odstraszania bez bezpośredniej konfrontacji militarnej. Jeśli presja słabnie lub staje się przewidywalna, Kreml zyskuje przestrzeń do manewru. Jeśli natomiast polityka sankcyjna obejmuje także mechanizmy wtórne — w tym partnerów Rosji — cena agresji realnie rośnie.

Zapowiedź amerykańskiego ministra finansów, że nowe ograniczenia będą zależeć od postępów rozmów pokojowych, brzmi pragmatycznie. Niesie jednak ryzyko. Rosja wielokrotnie wykorzystywała negocjacje jako taktyczną pauzę — do przegrupowania sił, gromadzenia zasobów i wywierania presji politycznej. Jeśli sankcje zostaną powiązane z „postępem rozmów”, Kreml może potraktować je jako element targu, a nie jako bezwarunkową odpowiedzialność za agresję.

Istnieje też pozytywny sygnał, choć nie z Waszyngtonu. Unia Europejska przygotowuje kolejny pakiet sankcji, w tym wymierzony w rosyjską „flotę cieni”. To istotne, ponieważ właśnie przez morskie szlaki Rosja sprzedaje ropę mimo ograniczeń. Jeśli UE faktycznie zablokuje te kanały, a nie tylko dopisze kolejne nazwy do list — presja na Kreml wzrośnie znacząco. Kluczowe będzie jednak nie ogłoszenie, lecz egzekwowanie decyzji.

Co zatem mamy w rezultacie? Trump przedłużył stare sankcje — to lepsze niż ich zniesienie, ale znacznie mniej, niż wymaga sytuacja. Nie ma nowych poważnych ograniczeń. Nie ma sankcji wtórnych wobec Chin i Indii. Presja na mechanizmy obchodzenia sankcji pozostaje ograniczona. Tymczasem Rosja kontynuuje wojnę, licząc na to, że czas działa na jej korzyść. A dopóki Zachód waży każdy krok na szali własnego komfortu, kalkulacja Kremla nie wydaje się całkowicie bezpodstawna.

Postawa antyrosyjska nie jest dziś emocją, lecz wnioskiem z faktów. Rosyjskie państwo prowadzi wojnę nie tylko przeciw Ukrainie, ale przeciw samej zasadzie suwerenności. Pokazuje, że granice można zmieniać siłą, że infrastruktura cywilna może stać się celem, że zobowiązania międzynarodowe można ignorować bez poważnych konsekwencji. Jeśli ten model nie spotka się z konsekwentnym i twardym oporem, stanie się precedensem.

Polska, ze swoim doświadczeniem historycznym i położeniem geograficznym, doskonale rozumie cenę imperialnych ambicji Moskwy. Dlatego dla Warszawy sankcje to kwestia długofalowego bezpieczeństwa. Nie chodzi o karę dla samej kary. Chodzi o ograniczenie potencjału agresora. O to, by Rosja nie mogła finansować nowych rakiet, nowych czołgów i kolejnych kampanii destabilizacyjnych.

To nie jest czas na iluzje. Rosyjska agresja nie jest przypadkiem, lecz wynikiem świadomej strategii państwowej. Odpowiedź musi być równie świadoma, długoterminowa i zdecydowana. Sankcje nie są aktem zemsty. Są narzędziem ochrony europejskiego bezpieczeństwa. A dla Polski, jako państwa znajdującego się na pierwszej linii tej nowej rzeczywistości, wybór jest prosty: albo presja na agresora zostanie utrzymana i wzmocniona, albo ryzyko powtórzenia historii będzie rosło.

Karyna Koshel

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

[ngd-single-post-view id="post_id"]
WP2Social Auto Publish Powered By : XYZScripts.com