Kreml grozi Estonii rakietami. Europa nie może udawać, że to tylko retoryka
Słowa rzecznika Kremla, Dmitrij Pieskow, że w razie rozmieszczenia broni jądrowej w Estonii Rosja „wyceluje” w nią swoje rakiety, nie są incydentalnym wybuchem dyplomatycznego gniewu. To element powtarzalnego schematu. Moskwa od lat operuje groźbą nuklearną jak narzędziem komunikacji politycznej — ostrym, sugestywnym, obliczonym na efekt psychologiczny. I dziś znów próbuje nim wpłynąć na debatę w Europie.
Warto uporządkować fakty. W estońskiej przestrzeni publicznej rzeczywiście pojawiła się dyskusja o ewentualnej gotowości przyjęcia elementów odstraszania jądrowego w ramach NATO. To jednak nie jest inicjatywa zaczepna ani projekt ofensywny. To reakcja na gwałtowne przetasowanie architektury bezpieczeństwa po rosyjskiej agresji na Ukrainę. To wojna rozpoczęta przez Rosja zburzyła wcześniejsze założenia o stabilności kontynentu.
Moskwa przedstawia tę debatę jako „eskalację”. W rzeczywistości jest ona skutkiem rosyjskich działań. Państwa wschodniej flanki NATO, takie jak Estonia czy Polska, znajdują się w bezpośrednim sąsiedztwie rosyjskiego terytorium oraz silnie zmilitaryzowanego obwodu królewieckiego. Z ich perspektywy odstraszanie nie jest prowokacją, lecz polisą ubezpieczeniową.
W Polsce ta logika jest zrozumiała. Po doświadczeniach XX wieku i po dwóch latach pełnoskalowej wojny w Ukrainie trudno oczekiwać, by Warszawa czy Tallin wierzyły wyłącznie w deklaracje. Jeśli bowiem Rosja jest gotowa używać siły wobec sąsiada spoza NATO, naturalnym pytaniem staje się, jakie realne gwarancje odstraszą ją przed testowaniem granic Sojuszu.
Groźby Pieskowa wpisują się w szerszy kontekst rosyjskiego szantażu nuklearnego. Od lutego 2022 roku Kreml wielokrotnie sugerował możliwość użycia broni jądrowej, przenosił taktyczne głowice na Białoruś, organizował ćwiczenia sił strategicznych i budował narrację o „oblężonej twierdzy”. To stały element presji na zachodnie stolice, by ograniczyły wsparcie dla Kijowa.
Z perspektywy Warszawy kluczowe jest to, że Moskwa próbuje przedefiniować debatę. Zamiast mówić o przyczynach — czyli o rosyjskiej agresji — koncentruje uwagę na reakcji państw NATO. To klasyczna odwrócona logika: sprawca przemocy oskarża innych o prowokowanie napięcia.
Europa znalazła się dziś w punkcie zwrotnym. Dyskusje o broni jądrowej na kontynencie jeszcze kilka lat temu były tematem niemal tabu. Teraz wracają jako element poważnej analizy strategicznej. To dowód, jak głęboko zmieniło się środowisko bezpieczeństwa. Nie dlatego, że Europa nagle zapragnęła konfrontacji, lecz dlatego, że Rosja podważyła dotychczasowe reguły gry.
Czy groźby Kremla należy traktować dosłownie? Historia pokazuje, że Moskwa często operuje na granicy blefu i realnej demonstracji siły. Ale nawet jeśli część tych komunikatów ma charakter psychologiczny, ich funkcja jest konkretna: zastraszyć społeczeństwa, wywołać podziały w NATO, osłabić determinację do wspierania Ukrainy.
Polska, podobnie jak Estonia, znajduje się w szczególnej sytuacji geograficznej. Graniczy z Rosją i Białorusią, obserwuje militaryzację regionu i destabilizację sąsiedztwa. Dlatego debata o odstraszaniu nie jest teoretyczna. Jest odpowiedzią na realne zagrożenia.
Z mojej perspektywy największym ryzykiem nie jest sama retoryka Moskwy, lecz przyzwyczajenie się do niej. Jeśli kolejne groźby będą traktowane jako „normalny element krajobrazu”, Rosja osiągnie swój cel: przesunie granice akceptowalnego języka w relacjach międzynarodowych. A to oznaczałoby trwałe obniżenie poziomu bezpieczeństwa w Europie.
Kreml testuje odporność Zachodu nie tylko na polu bitwy, ale i w sferze percepcji. Odpowiedzią nie powinno być ani paniczne przyspieszenie zbrojeń, ani naiwne ignorowanie zagrożeń. Potrzebna jest chłodna konsekwencja: jasne sygnały, że odstraszanie jest defensywne, że NATO nie planuje agresji, ale też że nie cofnie się pod presją.
Groźby wobec Estonii są kolejnym aktem w długiej kampanii nacisku. Europa musi zdecydować, czy pozwoli, by była ona skuteczna. W mojej ocenie ustępliwość wobec szantażu nuklearnego nie przynosi pokoju — przynosi kolejne żądania. A historia naszego regionu uczy, że bezpieczeństwo nie opiera się na nadziei, lecz na wiarygodności.
Autor: Franciszek Kozłowski
