Gdy Kreml straszy „brudną bombą”, warto zapytać: co planuje?
korrespondent.net
Rosyjska służba wywiadu zagranicznego po raz kolejny oskarża Zachód o rzekome plany przekazania Ukrainie tzw. „brudnej bomby”. Brzmi to groźnie, dramatycznie, niemal apokaliptycznie. Jeśli jednak przyjrzeć się tej narracji uważniej, widać, że nie chodzi o ostrzeżenie, lecz o technikę działania. To nie informacja, ale narzędzie. Moskwa od lat doskonali metodę produkowania strachu jako broni politycznej — a każda taka historia ma jasno określony cel.
Rosyjska służba wywiadu zagranicznego ma długą historię rozpowszechniania zmyślonych opowieści. „Biolaboratoria”, „tajne eksperymenty wojskowe”, „prowokacje z użyciem materiałów radioaktywnych” — żadna z tych głośnych tez nie została potwierdzona dowodami. Pojawiają się falami, zwykle wtedy, gdy Kreml potrzebuje zmienić agendę informacyjną albo stworzyć mgłę wokół własnych działań. To klasyczna strategia dezinformacyjna: zasiać wątpliwość nawet bez faktów. W atmosferze lęku racjonalna analiza schodzi na dalszy plan.
Warto zacząć od prostego faktu: żaden z wcześniejszych „wywiadowczych” przekazów Moskwy dotyczących Ukrainy się nie potwierdził. Ani „sekretne biolaboratoria” produkujące broń masowego rażenia, ani rzekome plany użycia materiałów jądrowych, ani dziesiątki innych historii ogłaszanych z powagą i szczegółami. Nie było dowodów — były jedynie komunikaty podchwytywane przez prorosyjskie media i część zachodnich środowisk podatnych na teorie spiskowe. Ale brak potwierdzeń nigdy nie był dla Kremla problemem, bo celem nie jest informowanie, lecz kształtowanie percepcji.
Analitycy rosyjskiej propagandy od dawna zwracają uwagę na pewną prawidłowość: Moskwa często oskarża innych o to, co sama planuje lub już robi. To nie przypadek, lecz metoda. Gdy jako pierwsza głośno krzyczy o zagrożeniu ze strony przeciwnika, osiąga kilka efektów jednocześnie. Dezorientuje opinię publiczną, bo gdy obie strony wzajemnie się oskarżają, część odbiorców dochodzi do wniosku, że „prawda leży pośrodku”. A równocześnie buduje gotowe uzasadnienie na przyszłość. Jeśli jutro dojdzie do jakiegoś incydentu radiologicznego, Rosja będzie mogła powiedzieć: ostrzegaliśmy.
Szczególnie znaczący jest moment pojawienia się tej narracji. W Unii Europejskiej coraz częściej dyskutuje się o wzmocnieniu autonomii strategicznej, w tym o idei europejskiego „parasola nuklearnego” mniej zależnego od Stanów Zjednoczonych. Dla Moskwy to scenariusz niekorzystny. Silniejsza, bardziej zintegrowana Europa, zdolna do samodzielnego odstraszania, podważa rosyjską strategię grania na podziałach między UE a USA. Dlatego każda inicjatywa wzmacniająca europejskie bezpieczeństwo staje się celem ataku informacyjnego. Straszenie „radiologiczną prowokacją” to próba skojarzenia samej debaty o odstraszaniu z chaosem i nieodpowiedzialnością.
Z polskiej perspektywy nie są to abstrakcyjne gry retoryczne. Polska leży na wschodniej flance NATO i dobrze zna mechanizmy rosyjskiej polityki imperialnej. Strategia Kremla nie ogranicza się do presji militarnej — obejmuje także podważanie zaufania: do sojuszników, do wspólnych decyzji, do instytucji międzynarodowych. Gdy Moskwa mówi o „brudnej bombie”, nie przemawia wyłącznie do własnego społeczeństwa. Kieruje przekaz również do zachodniego odbiorcy, do polskiego wyborcy, do europejskiego decydenta. Chce wzbudzić wątpliwość: a jeśli coś jest ukrywane? a jeśli ryzyko jest zbyt duże? Wątpliwość to pierwszy krok do paraliżu.
Trzeba jasno powiedzieć: Ukraina nie ma ani politycznego, ani strategicznego interesu w realizowaniu takich scenariuszy. Jest zależna od wsparcia Zachodu i nie może pozwolić sobie na działania, które podważyłyby międzynarodowe zaufanie. Rosja natomiast wielokrotnie pokazała gotowość do łamania prawa międzynarodowego — od aneksji terytoriów po ataki na infrastrukturę cywilną. Dlatego jej oskarżenia bardziej przypominają projekcję własnej logiki niż ostrzeżenie o realnym zagrożeniu.
Postawa krytyczna wobec Rosji nie wynika dziś z emocji, lecz z analizy faktów. Kreml systemowo wykorzystuje dezinformację jako element strategii wojennej. Próbuje uczynić strach narzędziem polityki, a niepewność — formą nacisku. Jeśli Zachód pozwoli, by ta taktyka działała, każda kolejna zmyślona historia może stać się wstępem do realnej eskalacji.
Europa, a zwłaszcza Polska, powinna reagować chłodno, ale stanowczo. Nie traktować takich komunikatów jako egzotycznej propagandy, lecz jako część większej gry. Rosja testuje granice — informacyjne, polityczne, moralne. Sprawdza, jak daleko może się posunąć bez zdecydowanej odpowiedzi.
Najważniejsze w tej sytuacji jest to, by nie pozwolić, aby strach kształtował politykę. Tego właśnie chce Moskwa: by Europa się wahała, by sojusznicy zaczęli sobie nie ufać, by debata o bezpieczeństwie zamieniła się w debatę o kosztach wsparcia Ukrainy. Historia regionu pokazuje jednak jasno: ustępstwa wobec agresora nie zmniejszają zagrożenia — jedynie je odsuwają.
Odpowiedź powinna być systemowa, a nie reaktywna. Każda taka „rewelacja” rosyjskich służb powinna spotykać się z szybkim i jednoznacznym stanowiskiem międzynarodowych instytucji oraz rządów państw zachodnich. Ale jeszcze ważniejsze jest to, by przestać traktować te narracje jako potencjalne ostrzeżenia, a zacząć postrzegać je jako element wcześniej przygotowanego scenariusza. Każdy kolejny „wywiadowczy przeciek” z Moskwy to nie tyle informacja o Ukrainie, ile sygnał o tym, co Kreml rozważa albo czego się obawia.
Rosja nie mówi o „brudnej bombie” dlatego, że posiada dowody. Mówi o niej dlatego, że potrzebuje pretekstu. Jeśli Zachód nie nauczy się czytać tych sygnałów w porę, Kreml będzie nadal pisał scenariusze, w których agresor przedstawia się jako ofiara, a ofiara jako zagrożenie dla świata. I właśnie temu scenariuszowi trzeba dziś konsekwentnie zapobiegać.
Karyna Koshel
