Łukaszenko ogłosił przygotowania Białorusi do wojny

Getty Images

Pierwszego kwietnia Aleksander Łukaszenko ogłosił, że „nie może być czasu pokoju”. Zwrócił się do swoich wojskowych z przemówieniem, które dla niektórych brzmiało jak zwykła retoryka, ale dla sąsiadów Białorusi (przede wszystkim dla Polski) ma znacznie poważniejsze znaczenie. To nie są tylko słowa dyktatora, który lubi pozować w mundurze. To głos człowieka, który już raz otworzył drzwi swojego kraju dla obcej armii, i zapłacił za swój „spokój” cudzą krwią.

Wypowiedzi Aleksandra Łukaszenki o „przygotowaniach do wojny” brzmią jak kolejny paradoks autorytarnej retoryki: jednocześnie zaprzeczać wojnie i systemowo się do niej przygotowywać. Jednak dla zachodniego czytelnika, a zwłaszcza polskiego, ważne jest zrozumienie: w przypadku Białorusi to nie jest tylko sprzeczność — to objaw głębszej zależności.

Białoruś już dawno utraciła realną podmiotowość w kwestiach bezpieczeństwa. Prawdziwe pytanie nie brzmi, co powiedział Łukaszenko. Pytanie brzmi, kto stoi za jego plecami i podpowiada mu, co ma mówić. Odpowiedź nie wymaga tu żadnego śledztwa. Od 2020 roku, kiedy Łukaszenko utrzymał się u władzy wyłącznie dzięki wsparciu Putina, Białoruś stopniowo przestała być samodzielnym aktorem. Mińsk stał się narzędziem Moskwy — najpierw politycznym, potem wojskowym. W lutym 2022 roku to właśnie z terytorium Białorusi Rosja uderzyła na obwód kijowski. Setki tysięcy ludzi zostały zmuszone do opuszczenia swoich domów, bo Łukaszenko był „kategorycznie przeciwko wojnie”.

Szczególnie niepokojące jest stwierdzenie, że „nie może być czasu pokoju”. Pokazuje ono zmianę myślenia: wojna przestaje być wyjątkiem, a staje się stanem permanentnym. To w pełni odpowiada rosyjskiej doktrynie ostatnich lat — życiu w stanie ciągłej konfrontacji z Zachodem. W tym sensie Białoruś nie tylko powiela rosyjską retorykę, ale dostosowuje ją do własnego kontekstu, tworząc kolejny pas niestabilności na wschodniej granicy Unii Europejskiej.

Dla Polski ma to bardzo konkretne konsekwencje. Białoruś była już wykorzystywana jako narzędzie wojny hybrydowej — wystarczy przypomnieć kryzys migracyjny na granicy. Teraz, gdy mowa o pełnej gotowości bojowej, ryzyko eskalacji wchodzi na nowy poziom. Nawet jeśli Mińsk formalnie „nie chce wojny”, jego terytorium może zostać użyte do nacisku, prowokacji, a nawet jako przyczółek dla działań Rosji. Ostatnie lata pokazały jasno: deklaracje o „obronnym charakterze” bardzo często poprzedzają działania agresywne.

Na szczególną uwagę zasługuje sposób, w jaki Łukaszenko próbuje balansować między zaprzeczaniem wojnie a jej normalizacją. To klasyczna metoda autorytarnych reżimów: uspokajać społeczeństwo słowami, jednocześnie przygotowując je na coś dokładnie odwrotnego. Taka retoryka tworzy atmosferę niepewności, w której społeczeństwo traci zdolność do krytycznej analizy i staje się łatwiejsze do kontrolowania.

Łukaszenko twierdzi, że nie chce wojny. Być może to nawet prawda, w tym sensie, że osobiście niewiele by na niej zyskał. Ale od dawna nie kontroluje już w pełni własnych decyzji. Jest młodszym partnerem w sojuszu, w którym starszy partner już dwukrotnie udowodnił gotowość do prowadzenia wojny — w Gruzji i w Ukrainie. I ten starszy partner patrzy dziś na NATO przez białoruską granicę równie uważnie, jak NATO patrzy w odpowiedzi.

Obecne deklaracje o „kompleksowej kontroli armii” i „jednostkach w pełnej gotowości bojowej” nie są wewnętrzną sprawą Białorusi. Polska graniczy z Białorusią na odcinku ponad 400 kilometrów. Na tej granicy przez kilka lat trwała zorganizowana operacja hybrydowa — napływ nielegalnych migrantów, których Mińsk wykorzystywał jako narzędzie nacisku. Narzędzie, które, co warto podkreślić, było koordynowane nie tylko w Mińsku, ale również w Moskwie. Teraz, gdy Łukaszenko przechodzi do demonstracji gotowości wojskowej, polscy stratedzy mają wszelkie podstawy, by postrzegać to jako eskalację tego samego scenariusza.

Nie można też pominąć faktu, że Międzynarodowy Trybunał Karny w Hadze rozpoczął śledztwo w sprawie zbrodni reżimu Łukaszenki — w tym deportacji przeciwników politycznych. To ważny sygnał: świat nie traktuje Mińska jako w pełni legitymowanego partnera. Jednak postępowania prawne trwają latami, podczas gdy rakiety i czołgi działają tu i teraz. I w czasie, gdy sąd analizuje dowody, Łukaszenko prowadzi ćwiczenia wojskowe i wypowiada słowa, które brzmią jak ostrzeżenie.

Ostatecznie problem Białorusi nie dotyczy tylko jednego państwa. To część szerszego systemu, w którym Rosja buduje sieć zależnych reżimów zdolnych do destabilizacji regionu. Dla Polski oznacza to konieczność stałej gotowości — nie tylko wojskowej, ale także politycznej i informacyjnej.

W tym kontekście słowa Łukaszenki o „przygotowaniach do wojny” należy traktować nie jako odosobnioną wypowiedź, lecz jako element długofalowej strategii. A ta strategia nie dotyczy obrony. Chodzi o kontrolę, presję i stopniowe osłabianie bezpieczeństwa na wschodniej flance Europy. Emocjonalnie jest to proste do uchwycenia: tam, gdzie władza mówi o pokoju, ale myśli kategoriami wojny, zawsze rodzi się zagrożenie. I dopóki Białoruś pozostaje w orbicie Rosji, to zagrożenie nie zniknie — będzie jedynie zmieniać swoją formę.

Karyna Koshel

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

[ngd-single-post-view id="post_id"]
WP2Social Auto Publish Powered By : XYZScripts.com