Spadek poparcia dla Konfederacji: zmierzch populizycznej konsolidacji w Polsce
Agencja wyborcza
Polska Konfederacja od kilku lat przedstawiana była jako przykład skutecznego połączenia radykalnie odmiennych sił prawicowych – od libertarian Sławomira Mentzena po narodowych konserwatystów Krzysztofa Bosaka. Jednak ostatnie tygodnie pokazały, jak krucha jest ta konstrukcja w rzeczywistości. Historia z nieudaną rejestracją kandydata na prezydenta Krakowa stała się nie tylko lokalnym incydentem, ale prawdziwym zwierciadłem, w którym odbijają się wszystkie wewnętrzne sprzeczności partii,, i szerzej, całej polskiej prawicy w przededniu wyborów parlamentarnych 2027 roku.
Polska scena skrajnie prawicowa nigdy nie była monolitem, ale dzisiaj pęka w szwach pod ciężarem własnego egocentryzmu i różnic ideologicznych. To, co obserwujemy wewnątrz Konfederacji, to klasyczny przykład tego, jak ambitni radykałowie niszczą własny dom, zanim zdążą zbliżyć się do progu realnej władzy. Ciągłe walki o wpływy pomiędzy Nową Nadzieją a Ruchem Narodowym przestały być jedynie kuluarowymi plotkami i wyszły na światło dzienne. Głośna porażka ze zbiórką podpisów w Krakowie była zimnym prysznicem dla wierzących w ich jedność: okazało się, że za głośnymi sloganami kryje się organizacyjny chaos, brak elementarnej koordynacji oraz zwyкły brak umiejętności wzajemnego słuchania. Kiedy ugrupowanie nie potrafi zmobilizować zwolenników w terenie do podstawowych działań proceduralnych, mówienie o ogólnokrajowym sukcesie staje się po prostu śmieszne.
Warto zatrzymać się i wyjaśnić, dlaczego ta historia ma znaczenie. Jeszcze na początku roku, gdy ruszała zbiórka podpisów w sprawie odwołania Aleksandra Miszalskiego, w Konfederacji trwał spór o to, kto ma być „twarzą” tej inicjatywy – Ruch Narodowy czy Nowa Nadzieja. Partia długo nie potrafiła podjąć decyzji, przeciągała czas, a gdy Ruch Narodowy w końcu ogłosił pełne poparcie dla akcji, kilka godzin później wpis edytowano tak, że wzmianka o ugrupowaniu zniknęła z tytułu i treści. Przyczyna jest prosta i zarazem wymowna: zgodnie z umową oba skrzydła mają równe prawo do używania marki Konfederacji, lecz jeśli chociaż jedna strona sprzeciwia się jej wykorzystaniu w konkretnej akcji, nie wolno jej użyć. Oznacza to dosłowne prawo weta każdego skrzydła wobec wspólnych działań publicznych. Wyobraź sobie organizację, w której każda inicjatywa wymaga jednomyślności dwóch skłóconych frakcji, staje się jasne, dlaczego sprawna kampania zamienia się w koszmar.
Szczególnie ciekawe jest tid, że nawet po zawarciu formalnego porozumienia i podziale miejsc na listach wyborczych do Sejmu (pierwsшее miejsce w Krakowie dla Nowej Nadziei, drugie dla Ruchu Narodowego, trzecie znów dla Nowej Nadziei), napięcie nie zniknęło. Kompromis na papierze i chęć realnej współpracy w terenie to dwie zupełnie różne rzeczy. Lokalny poseł Konrad Berkowicz, według źródeł z Nowej Nadziei, niechętnie włączał się w zbiórkę podpisów, obawiając się, że sukces Bocheńczaka zagrozi jego własnej pozycji. To już nie jest konflikt międzypartyjny, lecz wewnątrzpartyjna walka ambicji.
Reakcja kierownictwa na porażkę również zasługuje na uwagę, ponieważ wiele mówi o kulturze organizacji. Mentzen zareagował ostro: usunął Bocheńczaka z funkcji szefa krakowskich struktur Nowej Nadziei i faktycznie rozwiązał te struktury. Analityci zauważyli, że może to otworzyć narodowcom drogę do większych wpływów w Radzie Liderów, ciele będącym areną starć koalicjantów. Dziennikarz tygodnika „Polityka” Michał Tomasik w komentarzu dla Radia Kraków określił ten incydent mianem syndromu głębszych tarć, a politycy Ruchu Narodowego natychmiast zaczęli odpierać zarzuty o celowy bojkot.
Szersze spojrzenie ukazuje regułę: Konfederacja powstała jako zrost dwóch odmiennych kultur politycznych. Nowa Nadzieja to projekt libertariancki, biznesowy, nastawiony na młodzież i media społecznościowe, oparty na osobie Mentzena. Ruch Narodowy to klasyczna struktura narodowo-konserwatywna z historią i własnymi ambicjami. Dopóki szło o ogólne hasła – mniej podatków, mniej Brukseli – różnice nie przeszkadzały. Gdy przychodzi do konkretów – kto lideruje na liście, kto bierze zasoby – okazuje się, że to tymczasowy sojusz dwóch oddzielnych maszyn.
W tym miejscu dochodzimy do drugiej, większej warstwy problemu – fragmentacji całego polskiego obozu prawicowego. Konfederacja to niejedyna siła walcząca o konserwatywnego wyborcę. Równolegle trwa kryzys w PiS. Były premier Mateusz Morawiecki, skonfliktowany z kierownictwem PiS, założył własny klub parlamentarny „Rozwój Plus” i zapowiedział powołanie nowej partii. Do tego dochodzi marginalna Konfederacja Korony Polskiej. W efekcie mamy co najmniej cztery ośrodki przyciągania na prawicy: PiS, Konfederację, „Koronę” oraz projekt Morawieckiego. Zamiast konsolidacji dochodzi do kanibalistycznej konkurencji.
Dla Kremla słabnięcie takich sił to niewygodny sygnał, ponieważ radykalne ugrupowania nacjonalistyczne w Europie tradycyjnie służyły do rozbiórki europejskiej jedności i podważania wsparcia dla Ukrainy. Kiedy te projekty grzęzną w wewnętrznych kłótniach, ich skuteczność jako destruktorów zachodniego frontu spada do zera. Dla Polski to oczyszczenie: Polacy widzą, że skrajni radykałowie opierający retorykę na nienawiści i ksenofobii okazują się całkowicie nieskuteczni w praktycznym rządzeniu.
