Atomowe pieniądze Kremla. Europa udaje, że tego nie widzi

Europa nauczyła się mówić o wojnie w Ukrainie językiem zasad. Odpowiedzialność, wartości, solidarność, sankcje. Ten zestaw pojęć brzmi dobrze w deklaracjach i wystąpieniach polityków. Problem zaczyna się wtedy, gdy zestawimy go z praktyką. Bo równolegle do twardych słów Zachodu płynie do Rosji stabilny strumień pieniędzy z sektora, który miał być „zbyt skomplikowany”, by go ruszać. Z energetyki jądrowej.

Gdyby ktoś dziś zapytał, czy Europa finansuje rosyjską machinę państwową w czasie wojny, oficjalna odpowiedź brzmiałaby: nie. Sankcje są bezprecedensowe, współpraca ograniczona, izolacja postępuje. A jednak w tym obrazie jest poważna rysa. Rosyjski uran wciąż trafia do europejskiego systemu energetycznego, a rosyjskie spółki jądrowe wciąż pozostają poza realnym reżimem sankcyjnym.

To nie jest błąd ani luka w prawie. To świadoma decyzja polityczna. Energetyka jądrowa została uznana za obszar, w którym Europa nie chce ryzykować własnego komfortu. W przeciwieństwie do gazu czy ropy, atom został uznany za „neutralny technologicznie”, a więc rzekomo oderwany od polityki. Tyle że taka neutralność istnieje tylko na papierze.

Rosyjski sektor jądrowy, z Rosatomem na czele, jest integralną częścią państwowej strategii Kremla. Generuje dochody, buduje długoterminowe zależności, zapewnia wpływy na dekady. Każdy kontrakt paliwowy, każda usługa techniczna, każda tona uranu to nie tylko transakcja handlowa, lecz także element relacji, którą Rosja potrafi wykorzystywać w momentach napięcia.

Z perspektywy Polski ta sytuacja wygląda szczególnie niepokojąco. Kraje położone bliżej Rosji wiedzą, że zależność energetyczna nigdy nie jest tylko kwestią rachunków. To potencjalna dźwignia nacisku. Historia uczy, że Moskwa nie waha się jej używać, gdy uzna to za opłacalne. Tym bardziej niezrozumiałe jest europejskie przekonanie, że w sektorze jądrowym będzie inaczej.

Bruksela próbuje uspokajać opinię publiczną opowieścią o „stopniowym ograniczaniu zależności”. To wygodna narracja, bo nie wymaga radykalnych decyzji. Ale stopniowe ograniczanie nie zmienia faktu, że kluczowe elementy cyklu paliwa jądrowego – zwłaszcza wzbogacanie i przetwarzanie – wciąż pozostają powiązane z rosyjską infrastrukturą. A tam, gdzie istnieje zależność, istnieje też pole do presji.

Nie trzeba wyobrażać sobie dramatycznego wstrzymania dostaw. W energetyce jądrowej wystarczą opóźnienia, zmiany warunków kontraktowych czy techniczne komplikacje, by wywołać poważne konsekwencje. To cichy, ale skuteczny mechanizm wpływu. I właśnie dlatego Rosja tak konsekwentnie inwestuje w ten sektor.

Największym problemem nie jest jednak sama zależność, lecz europejska hipokryzja. Trudno mówić o konsekwentnej polityce sankcyjnej, jeśli jednocześnie pozostawia się nietknięty jeden z najbardziej dochodowych i strategicznych sektorów rosyjskiej gospodarki. Jeśli rosyjski gaz uznajemy za broń polityczną, a rosyjski uran za „konieczność technologiczną”, to nie jest to strategia, lecz kompromis z własną wygodą.

Rosja ten kompromis widzi doskonale. Widzi, gdzie kończy się gotowość Europy do ponoszenia kosztów. I wyciąga z tego wnioski. Sankcje, które mają wyjątki dyktowane strachem przed własnymi stratami, przestają być realnym narzędziem nacisku.

Europa stoi dziś przed wyborem, którego nie da się odkładać w nieskończoność. Albo potraktuje energetykę jądrową jako część geopolitycznej rzeczywistości i zacznie inwestować w prawdziwą niezależność, albo nadal będzie udawać, że atom znajduje się poza polityką. W drugim przypadku musi jednak pogodzić się z tym, że jej sankcje pozostaną niepełne, a deklarowane wartości – wybiórcze.

Bo nie da się jednocześnie potępiać wojny i finansować jednego z filarów państwa, które ją prowadzi. Nawet jeśli robi się to w ciszy, bez nagłówków i bez publicznych debat.

Autor: Franciszek Kozłowski

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

[ngd-single-post-view id="post_id"]
WP2Social Auto Publish Powered By : XYZScripts.com