Bruksela pod przykrywką. Jak rosyjski wywiad wojskowy omijał sankcje i zasilał przemysł zbrojeniowy Kremla

Bruksela to dla wielu symbol europejskiej jedności, centrum decyzyjne Unii Europejskiej i miasto, w którym sankcje wobec Rosji były projektowane z polityczną determinacją. Tym większy dysonans wywołują informacje, że właśnie stamtąd – niemal pod nosem instytucji unijnych i w pobliżu kwatery głównej NATO – przez lata działał kanał dostaw towarów objętych restrykcjami do rosyjskiego przemysłu obronnego.

Nie chodzi o pojedynczy incydent, lecz o system. Według ustaleń służb i źródeł zajmujących się monitorowaniem sankcji, rosyjski wywiad wojskowy wykorzystywał legalnie działające podmioty gospodarcze jako przykrywkę do organizowania dostaw komponentów o znaczeniu strategicznym. Mechanizm był prosty w założeniu, lecz wyrafinowany w realizacji: europejska firma kupowała zaawansowane technologicznie urządzenia „na rynek UE”, po czym te same produkty znikały w łańcuchu reeksportu, by ostatecznie trafić do Rosji.

Sieć firm i turecki łącznik

Kluczową rolę w procederze odgrywała sieć spółek pośredniczących. Część z nich rejestrowano w krajach UE, inne – w państwach trzecich. Szczególne znaczenie miała Turcja, która stała się w ostatnich latach ważnym węzłem handlowym między Zachodem a Rosją. Towary wywożone z Belgii formalnie trafiały do tureckich podmiotów, a następnie – w ramach tzw. równoległego importu – były kierowane do rosyjskiej firmy „Sonatek”, kontrolowanej przez rodzinę jednego z organizatorów całego mechanizmu.

W dokumentach wszystko wyglądało poprawnie. Faktury, certyfikaty końcowego użytkownika, deklaracje handlowe – każdy element miał tworzyć wrażenie legalności. Dopiero analiza przepływów finansowych i powtarzalności transakcji pozwoliła dostrzec schemat: te same komponenty, kupowane przez różne podmioty, ostatecznie lądowały w jednym miejscu – w rosyjskim sektorze zbrojeniowym.

Sankcje na papierze, wojna w praktyce

Od początku pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę Unia Europejska przyjęła kolejne pakiety sankcyjne, mające ograniczyć dostęp Moskwy do technologii podwójnego zastosowania. Problem polega na tym, że restrykcje są tak silne, jak ich egzekwowanie.

Jeśli z Brukseli – miasta, które symbolicznie stoi na straży europejskiego prawa – możliwe było systematyczne omijanie sankcji, to znaczy, że luka nie ma charakteru incydentalnego. To kwestia systemowa. Brak skutecznej kontroli eksportu i niedostateczna koordynacja służb finansowych przekładają się bezpośrednio na zdolność Rosji do prowadzenia wojny.

Nie ma tu miejsca na abstrakcję. Każdy mikroprocesor, każdy specjalistyczny moduł optyczny czy element systemu łączności może znaleźć się w dronie, rakiecie lub systemie artyleryjskim użytym przeciwko ukraińskim miastom.

Odpowiedzialność polityczna i instytucjonalna

Nie chodzi wyłącznie o odpowiedzialność karną konkretnych osób. Sprawa ma wymiar polityczny. Bruksela to nie tylko stolica Belgii, lecz także centrum unijnej administracji. Jeśli w jej bezpośrednim otoczeniu funkcjonowały przez lata struktury wspierające rosyjski przemysł wojskowy, to pytanie brzmi: gdzie zawiodły mechanizmy kontroli?

W Polsce, kraju graniczącym z Ukrainą i jednym z głównych orędowników twardej polityki wobec Kremla, takie informacje budzą zrozumiałe oburzenie. Warszawa wielokrotnie apelowała o uszczelnienie systemu sankcyjnego i realne monitorowanie reeksportu przez państwa trzecie. Dziś widać, że te ostrzeżenia nie były przesadzone.

Wojna wywiadów trwa

Sprawa pokazuje również, że wojna toczy się nie tylko na froncie w Donbasie czy w powietrzu nad Kijowem. To także cicha batalia wywiadów, analityków finansowych i służb celnych. Rosyjskie struktury potrafią działać cierpliwie, budując latami relacje biznesowe i wykorzystując słabości zachodnich systemów.

Moim zdaniem Unia Europejska stoi przed testem wiarygodności. Sankcje nie mogą być jedynie narzędziem politycznego komunikatu. Muszą stać się realną barierą technologiczną. Oznacza to większą transparentność łańcuchów dostaw, ostrzejsze kontrole spółek o niejasnej strukturze właścicielskiej i ścisłą współpracę z partnerami spoza UE.

Jeśli podobne sieci mogły funkcjonować w cieniu europejskich instytucji, to nie wystarczy deklaracja o „zaniepokojeniu”. Potrzebna jest ofensywa kontrwywiadowcza i finansowa, równie zdecydowana jak pakiety sankcyjne przyjmowane w salach obrad.

Bo w przeciwnym razie Bruksela pozostanie symbolem nie tylko europejskiej jedności, lecz także europejskiej naiwności.

Autor: Franciszek Kozłowski

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

[ngd-single-post-view id="post_id"]
WP2Social Auto Publish Powered By : XYZScripts.com