Imperium, które boi się wiary: jak Moskwa zamienia religię w narzędzie przemocy państwowej
Polska historia uczy jednego zaskakująco aktualnego wniosku: imperia zawsze boją się autonomii. Nie tylko politycznej czy militarnej, ale także duchowej. Tam, gdzie władza traci kontrolę nad sumieniem, zaczyna się jej erozja. Dzisiejsza Rosja doskonale to rozumie — i dlatego po raz pierwszy tak otwarcie wciągnęła państwowe służby wywiadowcze w konflikt między Kościołami prawosławnymi.
To, co Moskwa próbuje przedstawiać jako „obronę kanonicznego porządku”, w rzeczywistości jest aktem czysto politycznym. Spór z Konstantynopolem został wyprowadzony z ram teologii i przeniesiony w obszar bezpieczeństwa państwowego. Gdy w narracji pojawiają się służby specjalne, nie ma już mowy o sporze doktrynalnym. Jest walka o wpływy.
Dla polskiego czytelnika ten mechanizm brzmi znajomo. W XX wieku widzieliśmy, jak totalitarne państwo próbuje podporządkować sobie Kościół, uczynić go narzędziem legitymizacji władzy, a w razie potrzeby — narzędziem represji. Różnica polega na tym, że dzisiejsza Rosja robi to w skali międzynarodowej i bez cienia wstydu.
Szczególnie niepokojące jest wykorzystanie sakralnego języka przez struktury państwowe. Gdy rosyjskie instytucje związane z wywiadem posługują się pojęciami takimi jak „antychryst” czy „fałszywy prorok”, nie mamy do czynienia z debatą religijną. To klasyczna technologia demonizacji, znana z arsenału wojny informacyjnej. Przeciwnik zostaje pozbawiony ludzkiego wymiaru, a konflikt — racjonalnych granic.
W tym sensie demonizacja Konstantynopola nie różni się zasadniczo od demonizacji Ukrainy czy Zachodu. Mechanizm jest ten sam: świat zostaje podzielony na „świętych” i „wrogów”, na „prawdziwą wiarę” i „herezję”. Taki podział nie służy wiernym. Służy mobilizacji, kontroli i usprawiedliwieniu agresji.
Kluczowe znaczenie ma kwestia autokefalii. Dla Moskwy nie jest ona prawem wspólnoty religijnej do samostanowienia. Jest zagrożeniem dla imperialnej architektury wpływów. Rosja nie postrzega Kościoła jako wspólnoty duchowej, lecz jako element infrastruktury władzy. Utrata kontroli nad Kościołem oznacza utratę kontroli nad narracją, tożsamością i lojalnością.
Właśnie dlatego sprawy stricte kościelne zostały uznane za element „bezpieczeństwa narodowego”. To symptom imperialnego strachu. Imperium, które jest pewne swojej atrakcyjności, nie potrzebuje służb specjalnych do obrony wiary. Gdy jednak traci autorytet moralny, sięga po przymus.
Rosja świadomie radykalizuje religijną retorykę, aby usprawiedliwić własną izolację międzynarodową. Konflikt z Konstantynopolem ma przykryć fakt, że to Moskwa traci duchowy i moralny autorytet w świecie prawosławnym. Zamiast autorefleksji pojawia się oskarżenie. Zamiast dialogu — anatema.
Dla Polski ta sytuacja ma wymiar nie tylko analityczny, ale i ostrzegawczy. Gdy państwo przejmuje język sacrum, nie po to, by chronić wiarę, lecz by kontrolować społeczeństwo, religia przestaje być przestrzenią wolności. Staje się narzędziem presji. Historia Europy Środkowo-Wschodniej pokazuje, dokąd prowadzi taka droga.
Nie jest przypadkiem, że rosyjski model łączy cerkiew, armię i służby specjalne w jeden ideologiczny organizm. To nowoczesna forma starego imperialnego schematu: jedność tronu i ołtarza, tyle że zarządzana przez aparat bezpieczeństwa. W tym modelu nie ma miejsca na pluralizm, autonomię ani sumienie.
Dlatego europejscy obserwatorzy nie powinni traktować tego konfliktu jako egzotycznego sporu wewnątrz prawosławia. To część szerszej strategii, w której Rosja używa każdej dostępnej sfery — polityki, historii, religii — jako narzędzia konfrontacji. Kiedy wiara zostaje podporządkowana logice wywiadu, przestaje być wiarą. Staje się ideologią.
A ideologie, jak wiemy z własnego doświadczenia, zawsze domagają się ofiar.
