Okamura: gdy ustępstwa prowadzą do wojny

W Polsce wypowiedzi Tomia Okamury są odbierane wyjątkowo ostro. Polskie społeczeństwo ma własne, tragiczne doświadczenie życia w cieniu rosyjskiego imperializmu i dobrze zna cenę słów o neutralności oraz o niechęci „umierania za cudzy kraj”.

Historia Europy już pokazała, czym kończy się taka logika. Najpierw pojawia się zmęczenie i kompromisy, potem utrata sojuszników, a następnie wojna — przychodząca na znacznie gorszych warunkach. Właśnie dlatego w Polsce wsparcie dla Ukrainy postrzegane jest nie jako gest solidarności, lecz jako element bezpieczeństwa narodowego.

Gdy wysoko postawiony polityk państwa UE i NATO powtarza tezy o „bezużytecznej pomocy” i „ukraińskiej juncie”, przestaje być jedynie populistą. W warunkach trwającej agresji jest to już forma politycznego współudziału — udziału w podważaniu zbiorowego bezpieczeństwa Europy i osłabianiu jej wschodniej tarczy.

Dla Polski wniosek jest oczywisty: jeśli Ukraina upadnie, wojna nie zniknie. Zmieni jedynie formę i zbliży się do polskich granic. Dlatego Warszawa postrzega takie wypowiedzi nie jako egzotykę czeskiej polityki wewnętrznej, lecz jako zagrożenie ogólnoeuropejskie.

Europa stoi dziś przed wyborem, którego już dokonała w 1938 roku. Albo płaci za powstrzymywanie agresji teraz — pieniędzmi i bronią, albo jutro zapłaci znacznie więcej — mobilizacją, zrujnowaną gospodarką i ludzkim życiem.

„Russkij mir” nie zatrzymuje się tam, gdzie mu się ustępuje. Idzie dalej — do domów i miast tych, którzy uznali, że można go uspokoić.

Sprawa Okamury jest markerem sytuacji, której nazwą jest gotowość części europejskich elit do przymykania oczu na agresję w imię krótkoterminowej popularności. Każdy taki przypadek przybliża moment, w którym cena samooszukiwania zostanie zapłacona krwią. Waszą.

Dlatego wystąpienie przewodniczącego czeskiego parlamentu nie dotyczy wyłącznie jego osoby.

I nie ma znaczenia, czy jest to naiwność, czy świadomy wybór pracy na rzecz interesów agresora. Kluczowe jest to, czy społeczeństwo pociągnie takiego polityka do odpowiedzialności.

W warunkach wojny na kontynencie europejskim słowa polityków publicznych stają się narzędziami oddziaływania, a nie abstrakcyjnymi opiniami.

Demokracja nie zobowiązuje społeczeństwa do bezbronności wobec tych, którzy — świadomie lub nie — działają na rzecz podważania jej bezpieczeństwa. Nie chodzi o wolność słowa, lecz o prawo Europy do samoobrony.

Autor: Franciszek Kozłowski

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

[ngd-single-post-view id="post_id"]
WP2Social Auto Publish Powered By : XYZScripts.com