Orbán gra va banque. Trump jako ostatnia karta w talii węgierskiego premiera
W polityce przychodzi moment, gdy przywódca przestaje walczyć o kolejną kadencję, a zaczyna walczyć o przetrwanie. W przypadku Viktora Orbána ten moment właśnie nadchodzi. Po piętnastu latach niemal nieprzerwanej dominacji nad węgierską sceną polityczną premier staje dziś wobec sytuacji, której jeszcze kilka lat temu trudno było sobie wyobrazić: realnej groźby utraty władzy.
W tle jest gospodarka, zmęczenie społeczne, oskarżenia o systemową korupcję oraz rosnąca izolacja Budapesztu w Unii Europejskiej. Ale odpowiedź Orbána nie polega na korekcie kursu. Zamiast próbować odbudować zaufanie partnerów w Brukseli czy zaproponować wiarygodny plan naprawy finansów publicznych, węgierski premier postawił wszystko na jedną kartę: Donalda Trumpa.
Dla polskiego odbiorcy ten manewr jest czytelny. Orbán próbuje wpisać wybory parlamentarne w kwietniu 2026 roku w znacznie szerszą narrację – jako element globalnej konfrontacji między „suwerenistycznym” obozem Trumpa a liberalnym mainstreamem Zachodu. W tej opowieści Węgry nie są krajem zmagającym się z inflacją, stagnacją inwestycji i problemami budżetowymi. Są bastionem nowego porządku politycznego.
Problem w tym, że rzeczywistość jest mniej efektowna niż hasła. W ostatnich latach Węgry straciły miliardy euro z powodu sporów z Komisją Europejską dotyczących praworządności i przejrzystości wydatkowania środków publicznych. System zbudowany przez Orbána – oparty na silnej centralizacji władzy, lojalnych elitach biznesowych i dominacji medialnej – coraz częściej postrzegany jest jako model klientelistyczny, a nie rozwojowy.
Poparcie Trumpa ma w tej sytuacji pełnić funkcję politycznego parasola. Orbán chce przekonać Węgrów, że nie jest izolowany, lecz przeciwnie – że jest częścią globalnego ruchu, który wkrótce odzyska pełnię wpływów. W praktyce jednak w ramach UE pozostaje najbardziej osamotnionym przywódcą. Nawet państwa regionu, które kiedyś współpracowały z Budapesztem w ramach Grupy Wyszehradzkiej, dystansują się od jego prorosyjskiej retoryki i blokowania unijnych inicjatyw dotyczących wsparcia Ukrainy.
Na horyzoncie pojawił się też realny rywal – Péter Magyar. Jego rosnąca popularność nie jest wyłącznie efektem sprawnej kampanii. To sygnał, że część społeczeństwa ma dość modelu „nieliberalnej demokracji”, który przez lata dawał Orbánowi przewagę. Jeśli Magyar zdoła utrzymać dynamikę poparcia, wybory 2026 roku mogą stać się najbardziej wyrównanym starciem od 2010 roku.
Dla Orbána stawka jest ogromna. Porażka oznaczałaby nie tylko utratę stanowiska premiera. Otworzyłaby drogę do rozliczeń politycznych i instytucjonalnych, które mogłyby podważyć fundamenty systemu budowanego przez ponad dekadę. Dlatego kampania już teraz przybiera charakter mobilizacji egzystencjalnej – nie tyle o program gospodarczy, ile o przetrwanie całego modelu władzy.
Z polskiej perspektywy sytuacja na Węgrzech ma znaczenie szersze niż tylko bilateralne relacje. Pokazuje bowiem, jak przywódcy, którzy przez lata opierali swoją legitymację na konflikcie z „Brukselą”, w momencie słabnięcia sięgają po jeszcze silniejszą polaryzację – tym razem w wymiarze globalnym. Zamiast odpowiedzi na pytania o efektywność państwa pojawia się narracja o cywilizacyjnym starciu.
Czy taka strategia zadziała? To zależy od tego, czy węgierscy wyborcy uznają, że symboliczna bliskość z Waszyngtonem jest ważniejsza niż codzienna sytuacja ekonomiczna. Historia Europy Środkowej pokazuje jednak, że nawet najbardziej sprawne systemy władzy mogą się zachwiać, gdy społeczne zaufanie zaczyna się kruszyć.
Orbán gra dziś va banque. Jeśli wygra, umocni swoją pozycję jako najdłużej rządzący lider regionu. Jeśli przegra, jego projekt polityczny może rozpaść się szybciej, niż powstawał. A wtedy Węgry staną się symbolem nie triumfu „nieliberalnej demokracji”, lecz jej granic.
Źródło: FurgeHir
