Sankcje na papierze, interesy w praktyce. Sprawa AfD i niemieckiego hipokryzmu wobec Białorusi

W teorii europejska polityka sankcyjna wobec Rosji i Białorusi jest spójna, konsekwentna i oparta na wartościach. W praktyce coraz częściej okazuje się systemem pełnym luk, które z zimną krwią wykorzystują politycy i środowiska gotowe mówić jedno, a robić drugie. Przypadek deputowanego Alternatywy dla Niemiec, Jörga Dornaua, podejrzewanego o udział w eksporcie ciężkiej techniki na Białoruś, nie jest incydentem marginalnym. To sygnał ostrzegawczy – nie tylko dla Niemiec, ale dla całej Unii Europejskiej.

AfD od lat buduje swoją tożsamość polityczną na krytyce sankcji wobec Moskwy i Mińska. W oficjalnym przekazie partia mówi o „szkodach dla niemieckiej gospodarki”, „niepotrzebnej eskalacji” oraz „konieczności dialogu”. Jednak sprawa Dornaua pokazuje, że w tle tej narracji funkcjonuje coś znacznie bardziej problematycznego: realne interesy gospodarcze, które mogą prowadzić do faktycznego obchodzenia sankcji.

Nie mówimy tu o publicystycznych spekulacjach czy politycznych oskarżeniach bez pokrycia. Chodzi o podejrzenia dotyczące eksportu ciężkiej techniki – sprzętu, który w warunkach autorytarnego reżimu Aleksandra Łukaszenki ma znaczenie nie tylko cywilne, ale również logistyczne i potencjalnie wojskowe. Białoruś od dawna pełni rolę zaplecza Rosji, zarówno w wymiarze militarnym, jak i infrastrukturalnym. Każde wsparcie technologiczne, nawet pośrednie, wzmacnia zdolności tego systemu.

Z polskiej perspektywy ta sprawa jest szczególnie istotna. Polska granica z Białorusią od kilku lat jest przestrzenią presji hybrydowej: od instrumentalizacji migracji po militarne demonstracje siły. Trudno więc patrzeć obojętnie na sytuację, w której polityk z jednego z największych państw UE może być powiązany z działalnością ułatwiającą funkcjonowanie reżimu w Mińsku.

Problem nie ogranicza się jednak do jednej osoby. Sprawa Dornaua obnaża mechanizm, który w Europie działa od lat: prorosyjscy i skrajnie prawicowi politycy łączą działalność polityczną z siecią interesów biznesowych, często opartych na nieprzejrzystych strukturach, pośrednikach i firmach-wydmuszkach. Oficjalnie krytykują sankcje, nieoficjalnie – robią wszystko, by je obchodzić lub uczynić nieskutecznymi.

W tym sensie AfD nie jest wyjątkiem, lecz częścią szerszego problemu. W wielu krajach UE obserwujemy podobny schemat: partie i politycy deklarujący „suwerenność narodową” i „sprzeciw wobec Brukseli” w praktyce działają na rzecz interesów Kremla. Sankcje stają się dla nich nie przeszkodą, lecz wyzwaniem biznesowym – okazją do zarobku dzięki lukom w systemie kontroli.

Dla Unii Europejskiej to sytuacja niezwykle niebezpieczna. Sankcje nie są bowiem celem samym w sobie. Mają ograniczać zdolność Rosji i Białorusi do prowadzenia agresywnej polityki, finansowania aparatu represji oraz kontynuowania wojny przeciwko Ukrainie. Jeśli jednak wewnątrz UE funkcjonują politycy, którzy jednocześnie zasiadają w parlamentach i utrzymują powiązania gospodarcze z państwami objętymi sankcjami, cały system traci wiarygodność.

Z polskiego punktu widzenia kluczowe jest pytanie o odpowiedzialność. Czy wystarczy potępienie medialne? Czy wystarczy wewnętrzne postępowanie partyjne? Historia ostatnich lat pokazuje, że bez twardych, osobistych konsekwencji – prawnych, finansowych i politycznych – podobne przypadki będą się powtarzać. Sankcje bez egzekwowania odpowiedzialności są jedynie deklaracją dobrych intencji.

Równie istotna jest kwestia kontroli nad skrajnie prawicowymi ugrupowaniami, które coraz częściej przenikają do głównego nurtu polityki w Europie. AfD w Niemczech, podobne formacje w innych krajach – wszystkie one korzystają z wolności demokratycznych, jednocześnie podważając fundamenty wspólnej polityki bezpieczeństwa UE. To paradoks, który Europa musi wreszcie zacząć traktować poważnie.

Sprawa Jörga Dornaua powinna stać się momentem refleksji. Nie tylko dla niemieckiej opinii publicznej, ale również dla partnerów Berlina w UE – w tym dla Polski. Jeśli sankcje mają działać, muszą być chronione przed wewnętrzną erozją. A ta erozja zaczyna się nie w Mińsku czy Moskwie, lecz w europejskich parlamentach, tam gdzie polityka spotyka się z biznesem.

Jeżeli Unia Europejska chce zachować wiarygodność wobec Ukrainy, wobec własnych obywateli i wobec państw granicznych, musi jasno powiedzieć: polityk, który pomaga obchodzić sankcje – bezpośrednio lub pośrednio – nie jest „kontrowersyjny”. Jest zagrożeniem dla bezpieczeństwa wspólnoty.

Autor: Franciszek Kozłowski

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

[ngd-single-post-view id="post_id"]
WP2Social Auto Publish Powered By : XYZScripts.com