Strategiczna porażka Kremla: jak Putin własnoręcznie zniszczył szansę na porozumienie

REUTERS/Shamil Zhumatov

Gdy Rosja uderzyła „Oresznikiem” w Dniepr, świat zobaczył nie demonstrację siły, lecz przyznanie się do porażki. Nie porażki militarnej – lecz strategicznej. Putin nie po prostu odpalił nową rakietę. Własnoręcznie zniszczył ostatnią szansę wyjścia z tej wojny poprzez porozumienie, które pozwoliłoby mu zachować twarz.

Spójrzmy na chronologię wydarzeń oczami tych, którzy podejmują decyzje w Waszyngtonie, Brukseli i Warszawie. Kreml próbował sprzedać światu prostą historię: rzekomo ukraińskie drony zaatakowały rezydencję, a Rosja została zmuszona do odpowiedzi. Ten spektakl nie był przeznaczony dla odbiorcy wewnętrznego – rosyjskie społeczeństwo i tak przełknie każdą propagandę. Nie był też adresowany do Kijowa, który dawno przestał wierzyć w kremlowskie narracje. Jedynym widzem tej sztuki był Donald Trump.

Logika była banalna: stworzyć obraz „wymuszonej odpowiedzi”, wciągnąć Amerykanów w znaną formułę „obie strony eskalują konflikt, więc zatrzymajmy się na tym, co jest”. To klasyczna taktyka, która wcześniej działała – od Gruzji po Syrię. Pokazać mięśnie, przestraszyć Zachód eskalacją, wynegocjować zamrożenie konfliktu wzdłuż linii korzystnych dla Moskwy.

Ale ten schemat zawiódł. I powód jest prosty: „Oresznik” nie jest bronią do impulsywnej reakcji na jakiś atak dronów. To złożony system balistyczny, którego użycie planuje się z wyprzedzeniem. Amerykański i natowski wywiad to widzą. Widzą przygotowania, przemieszczanie się, logistykę. Gdy Trump i europejscy przywódcy publicznie dali do zrozumienia, że nie wierzą w bajkę o „odpowiedzi na prowokację”, Putin mimo wszystko nacisnął przycisk.

I właśnie tutaj popełnił najgorszy możliwy błąd negocjacyjny – pokazał, że jest gotów eskalować nawet wtedy, gdy pozostawiono mu dyplomatyczne wyjście. Wyobraźmy sobie partię pokera, w której pokazujecie przeciwnikowi, że jesteście gotowi podbić stawkę nawet po tym, jak zaproponował wam stabilną drogę wyjścia z gry. Co to o was mówi? Że jesteście albo szaleni, albo zdesperowani. Albo jedno i drugie naraz.

Reakcja Waszyngtonu była natychmiastowa, choć niekoniecznie na pierwszych stronach gazet. Decyzja USA o zwiększeniu produkcji pocisków manewrujących Tomahawk nie dotyczy przekazania broni Ukrainie. To coś znacznie ważniejszego i znacznie bardziej niebezpiecznego dla Kremla. Tomahawk to nie uzbrojenie ukraińskie – to amerykańskie narzędzie wojny. Gdy Pentagon zwiększa produkcję takich systemów, nie uzbraja cudzej armii – rozszerza własny potencjał uderzeniowy.

Ten sygnał jest jednoznaczny: w Waszyngtonie przestano wierzyć w sterowalność Moskwy. Przestano wierzyć, że z Putinem da się zawrzeć trwałe porozumienie. Przygotowują się na twardszy, dłuższy i bardziej kosztowny scenariusz. Gdy największa gospodarka świata uruchamia produkcję wojskową na podwyższonych obrotach, oznacza to jedno – ktoś bardzo poważnie stracił zaufanie. I tym kimś stała się Moskwa.

A teraz najważniejsze: Putin to wszystko rozumiał. Wiedział, że Trump nie uwierzył w wersję o dronach. Wiedział, że nie uwierzyli Europejczycy. I mimo to nacisnął przycisk startu. To oznacza tylko jedno – postanowił grać nie w negocjacje, lecz w podbijanie stawek. Wybrał strategię eskalacji zamiast strategii wyjścia.

Problem polega na tym, że w tej grze Rosja ma znacznie mniej zasobów, mniej sojuszników i mniejszą głębię przemysłową niż Stany Zjednoczone i ich partnerzy. Gdy Ameryka uruchamia machinę wojenną, może utrzymywać ją w ruchu przez lata. Pytanie nie brzmi, czy Ukraina wytrzyma – pytanie brzmi, czy rosyjska gospodarka wytrzyma totalną mobilizację zasobów przeciwko zjednoczonemu Zachodowi.

Okno dla porozumienia było otwarte. Było otwarte wtedy, gdy Trump naciskał na Kijów, domagając się kompromisów. Gdy Europa była sparaliżowana kryzysem energetycznym i zmęczona wojną. Gdy Ukrainie dramatycznie brakowało amunicji, a Kongres miesiącami blokował pomoc. Właśnie wtedy Kreml mógł zamrozić wojnę, utrwalić zdobycze i rozpocząć targi z pozycji siły.

Zamiast tego Putin wybrał „Oresznika”. I ta decyzja zamknęła to okno na zawsze. Dziś w Waszyngtonie i Brukseli obowiązuje zupełnie inna logika: z takim przeciwnikiem nie można utrwalać status quo, bo każdą pauzę wykorzysta on do kolejnej eskalacji. Jeśli Rosja pokazuje, że eskaluje nawet wtedy, gdy oferuje się jej wyjście, każda umowa stanie się jedynie przerwą przed następnym uderzeniem.

Najniebezpieczniejszym skutkiem dla Putina nie jest nawet to, że Ukraina dostanie więcej broni. Najniebezpieczniejsze jest to, że Stany Zjednoczone zaczęły przygotowywać się nie do negocjacji, lecz do długiej wojny. Do wojny na wyniszczenie. Do wojny, w której potencjał przemysłowy Zachodu będzie metodycznie mielił rosyjską armię, gospodarkę i polityczną stabilność reżimu. Putin zasiadł do stołu pokerowego z najsilniejszym graczem i pokazał swoje karty zbyt wcześnie. Teraz wszyscy wiedzą: blefuje, jest zdesperowany i nie zatrzyma się, dopóki nie zostanie zatrzymany siłą. A gdy ktoś tak dokładnie cię przeczytał – gra jest już przegrana, nawet jeśli żetony wciąż leżą na stole.

Istnieje jeszcze jeden ważny wymiar tej porażki, który na Kremlu wydaje się być niedoceniany: zmiana psychologicznej równowagi w zachodnich stolicach. Uderzenie „Oresznikiem” ostatecznie rozwiało ostatnie wątpliwości wśród tych elit, które dotąd postrzegały Rosję jako gracza racjonalnego, choć agresywnego. Jeśli wcześniej w Berlinie, Paryżu czy Waszyngtonie toczyły się jeszcze dyskusje o „kanałach deeskalacji” i o „zachowaniu twarzy Putina”, to dziś coraz wyraźniej kształtuje się inne przekonanie: problem nie leży w warunkach porozumienia, lecz w samej naturze rosyjskiego reżimu. Kreml pokazał, że nawet w momencie, gdy podaje mu się dyplomatyczną drabinę umożliwiającą zejście w dół, on wybiera uderzenie. Oznacza to, że każda przyszła pauza będzie przez Zachód postrzegana nie jako krok ku pokojowi, lecz jako operacyjna przerwa przed kolejną fazą wojny.

Drugim, nie mniej krytycznym błędem Putina jest strategiczna asymetria czasu. Reżimy autorytarne często przeceniają swoją zdolność „przeczekania” społeczeństw demokratycznych, licząc na zmęczenie wyborców, zmiany rządów i kryzysy wewnętrzne. Uderzenie „Oresznikiem” uruchomiło jednak proces odwrotny: zamiast podziałów przyspieszyło instytucjonalizację długofalowej konfrontacji z Rosją. Wojna przestaje być „kwestią ukraińską” i coraz wyraźniej przybiera formę strukturalnego konfliktu między Rosją a Zachodem. W takim układzie Moskwa znajduje się na z góry przegranej pozycji — z ograniczonym dostępem do technologii, kapitału i sojuszników. Putin postawił na strach i szantaż, lecz uzyskał efekt odwrotny: chłodną, systemową i długoterminową decyzję Zachodu, by doprowadzić tę grę do końca.

Karyna Koshel

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

[ngd-single-post-view id="post_id"]
WP2Social Auto Publish Powered By : XYZScripts.com