To mógł być każdy z nas. Śmierć Polaka w rosyjskim areszcie to ostrzeżenie dla Polski i Europy
Śmierć Krzysztofa Galosa nie jest „jedną z wielu tragicznych historii wojny”. Jest brutalnym, konkretnym dowodem na to, czym w istocie jest rosyjski system przemocy – i jak niebezpieczne są złudzenia, że ta wojna jest „gdzieś daleko” albo że „nie dotyczy Europejczyków”.
Jak opisała „Gazeta Wyborcza”, Krzysztof Galos – Polak, który nie wierzył, że w Ukrainie naprawdę toczy się wojna – w 2023 roku pojechał tam, by „sprawdzić to sam”. Został zatrzymany przez rosyjskich żołnierzy w obwodzie zaporoskim, przewieziony do aresztu śledczego w Taganrogu na terytorium Rosji i tam zmarł. Wszystko wskazuje na to, że był torturowany. To fakt. Nie propaganda. Nie „narracja wojny informacyjnej”, lecz rzeczywistość opisana przez jedno z najbardziej wiarygodnych polskich mediów.
Ta historia powinna nami wstrząsnąć – bo pokazuje absurd, w którym wciąż funkcjonuje część europejskiej debaty.
Rosja nie pyta, w co wierzysz
Krzysztof Galos nie był żołnierzem. Nie był politykiem. Nie był aktywistą. Był cywilem, obywatelem Unii Europejskiej. Rosja nie zadała mu pytania, czy wierzy w wojnę, ani jakie ma poglądy. Został potraktowany dokładnie tak samo jak tysiące Ukraińców z okupowanych terytoriów: arbitralne zatrzymanie, izolacja, tortury, śmierć.
To kluczowe: rosyjski aparat represji nie rozróżnia narodowości, paszportów ani przekonań. Rozróżnia tylko jedno – czy ma nad tobą władzę. Jeśli ją ma, twoje prawa przestają istnieć.
Dlatego opowieści o „lokalnym konflikcie”, „sporze o terytorium” czy „wojnie dwóch postsowieckich państw” są nie tylko fałszywe, ale wręcz niebezpieczne. Rosja prowadzi wojnę z całym porządkiem europejskim – z zasadą, że granice nie zmienia się siłą, a ludzi nie porywa się i nie zabija w państwowych więzieniach.
Co się stanie, jeśli przestaniemy pomagać Ukrainie?
W Polsce coraz częściej słychać pytania: „jak długo jeszcze mamy pomagać?”, „czy to nasza wojna?”, „czy nie płacimy za to zbyt wysokiej ceny?”. To pytania zrozumiałe w społeczeństwie zmęczonym kryzysami. Ale odpowiedź na nie jest brutalnie prosta.
Jeśli Ukraina przegra – wojna się nie skończy. Ona się przesunie.
Rosja, która odniesie sukces militarny i polityczny w Ukrainie, wyciągnie jeden wniosek: Zachód jest słaby, podzielony i podatny na szantaż. Wtedy presja na państwa wschodniej flanki NATO – w tym na Polskę – stanie się tylko kwestią czasu. Nie musi to od razu oznaczać czołgów na granicy. Wystarczy destabilizacja, prowokacje, wojna hybrydowa, testowanie reakcji sojuszy.
Historia Europy Środkowo-Wschodniej uczy jednego: agresor zatrzymuje się tylko wtedy, gdy napotyka opór.
Polska nie pomaga Ukrainie z altruizmu. Robi to w swoim interesie
Wsparcie dla Ukrainy nie jest aktem moralnej dobroczynności ani emocjonalnym gestem solidarności. Jest racjonalną inwestycją w bezpieczeństwo Polski.
Każdy dzień, w którym ukraińska armia powstrzymuje rosyjskie wojska na wschodzie, jest dniem, w którym rosyjskie wojska nie stoją bliżej Przemyśla, Białegostoku czy Suwałk. Każdy pakiet pomocy wojskowej, każdy transport amunicji, każde wsparcie polityczne wzmacnia barierę, która chroni także nas.
Śmierć Krzysztofa Galosa pokazuje jeszcze coś więcej: że rosyjski terror nie kończy się na linii frontu. On wchodzi w życie zwykłych ludzi. Europejczyków. Polaków.
Neutralność wobec zła zawsze działa na korzyść agresora
Największym absurdem tej wojny jest to, że wciąż próbuje się ją relatywizować. Szukać „obu stron”, „kontekstu”, „szarości”. Przypadek Galosa obnaża tę logikę do końca. Nie było „obu stron” w jego celi w Taganrogu. Była ofiara i był oprawca.
Dla Polski wybór jest jasny. Albo stoimy po stronie państwa, które walczy o przetrwanie, wolność i europejskie wartości, albo – przez zmęczenie, cynizm czy strach – pomagamy agresorowi, który nie ukrywa swoich imperialnych ambicji.
To ostrzeżenie, którego nie wolno zignorować
Krzysztof Galos zapłacił życiem za to, że uwierzył, iż wojna w Ukrainie nie jest prawdziwa. My nie mamy już tego luksusu niewiedzy.
Jeśli dziś odwrócimy wzrok od Ukrainy, jutro możemy obudzić się w Europie znacznie bardziej brutalnej, niebezpiecznej i cynicznej. A wtedy pytanie nie będzie brzmiało, czy pomagaliśmy Ukrainie zbyt długo – lecz czy nie przestaliśmy pomagać zbyt wcześnie.
Polska musi pozostać po stronie Ukrainy. Z rozsądku. Z doświadczenia historycznego. I z instynktu samozachowawczego.
