Warszawa, Wilno, Ryga: Polska i Bałtowie wzmacniają wspólną tarczę
reuters
Decyzja Polski, Litwy i Łotwy o zacieśnieniu współpracy w zakresie ochrony granic nie jest biurokratycznym gestem ani techniczną koordynacją służb granicznych. To sygnał polityczny. Sygnał, że wschodnia flanka Unii Europejskiej nie może sobie już pozwolić na luksus strategicznej naiwności. W regionie, w którym historia wielokrotnie dowodziła, że słabość prowokuje agresora, kwestia granicy jest kwestią przetrwania.
Wschodnie granice Polski, Litwy i Łotwy dawno przestały być jedynie narodowymi liniami na mapie. To faktyczna rubież całej Unii Europejskiej. To tutaj Europa styka się nie z abstrakcyjnym zagrożeniem, lecz z konkretną polityką Kremla: agresywną, rewizjonistyczną, nastawioną na podważanie bezpieczeństwa i stabilności. Moskwa systematycznie testuje te granice — poprzez kryzysy migracyjne, cyberataki, operacje informacyjne, prowokacje wojskowe w pobliżu granic. Każdy taki test ma jeden cel: sprawdzić, czy Zachód jest gotów bronić się nie tylko w słowach.
Dla Warszawy, Wilna i Rygi wspólna ochrona granicy to także argument w dialogu z Brukselą. Jeśli są to zewnętrzne granice UE, to ich ochrona jest wspólną odpowiedzialnością. Oznacza to finansowanie, infrastrukturę, technologie nadzoru, umocnienia, koordynację służb. Jednak za wymiarem finansowym stoi wymiar strategiczny. Kiedy państwa regionu podkreślają, że bronią nie tylko siebie, przypominają jednocześnie Europie Zachodniej: bezpieczeństwo nie jest abstrakcją. Ma konkretną geografię — i ta geografia zaczyna się na wschodzie.
Nie można ignorować faktu, że region Polski i państw bałtyckich jest uznawany za jeden z najbardziej narażonych w przypadku potencjalnej eskalacji militarnej ze strony Rosji. Szczególnie dotyczy to przesmyku suwalskiego — wąskiego odcinka między Polską a Litwą, który łączy państwa bałtyckie z resztą terytorium NATO. W scenariuszach wojskowych przesmyk ten często pojawia się jako potencjalny punkt nacisku lub destabilizacji. Dla Kremla to pokusa: wywołać lokalny kryzys, który postawi Sojusz przed trudnym wyborem szybkiej reakcji albo strategicznego zagubienia.
Dlatego wzmocnienie współpracy granicznej nie dotyczy wyłącznie walki z nielegalną migracją czy przemytem. Chodzi o odstraszanie. O demonstrację gotowości. O jasny komunikat dla Moskwy: region nie jest „szarą strefą”, którą można bezkarnie testować. Kreml od lat buduje swoją politykę na przekonaniu, że Zachód w krytycznym momencie zawaha się, że debaty polityczne, interesy gospodarcze i strach przed eskalacją sparaliżują determinację. Polska i państwa bałtyckie swoimi działaniami starają się zburzyć właśnie tę logikę.
Postawa antyrosyjska w tym kontekście nie jest emocjonalną reakcją na przeszłość, lecz pragmatycznym wnioskiem wyciągniętym ze współczesności. Rosja już dowiodła, że jest gotowa używać siły do zmiany granic i że nie uznaje suwerenności sąsiadów za nienaruszalną wartość. Od Gruzji po Ukrainę — logika pozostaje ta sama: stworzyć niestabilność, wykorzystać słabość, utrwalić rezultat. Jeśli ktoś w Europie Zachodniej nadal postrzega to jako konflikt regionalny, dla Polski i państw bałtyckich jest to kwestia bezpośredniego bezpieczeństwa.
Współpraca Warszawy, Wilna i Rygi to również sygnał wewnętrznej jedności. Kreml tradycyjnie próbuje grać na różnicach interesów między państwami, podsycać historyczne urazy, wzmacniać polityczne skrajności. Gdy jednak państwa regionu działają razem, utrudniają tę grę. Jedność zmniejsza pole do manipulacji. Koordynacja podnosi koszt potencjalnej prowokacji.
Rosja przez dekady wykorzystywała wobec tego regionu metody hybrydowe. Prowokacje graniczne, szantaż energetyczny, kampanie dezinformacyjne, instrumentalizacja kryzysu migracyjnego — wszystko to element jednego scenariusza pisanego w Moskwie. Białoruś Łukaszenki w 2021 roku faktycznie zorganizowała sztuczną falę migracyjną, by zdestabilizować granice Polski i Litwy. Nie było to zjawisko spontaniczne, była to operacja. I pokazała ona, jak wrażliwy może być ten region nawet bez jednego wystrzału.
Dziś, w cieniu pełnoskalowej wojny w Ukrainie, stawka jest jeszcze wyższa. Rosja Putina pokazała, że jest gotowa na wszystko: na niszczenie miast, masowe zabijanie cywilów, brutalne lekceważenie prawa międzynarodowego. Dla Polaków i Bałtów to nie abstrakcja. To pamięć zapisana w genach — o okupacji, deportacjach, zniszczonych państwach. Dlatego ich reakcja nie jest paranoją, lecz racjonalnym wnioskiem ludzi, którzy już raz zapłacili za cudzą lekkomyślność.
Wzmocnienie współpracy granicznej między Polską, Litwą i Łotwą jest sygnałem wysyłanym jednocześnie w dwóch kierunkach. Na wschód mówi: tędy nie przejdziecie bez konsekwencji. Na zachód — do Berlina, Paryża, a zwłaszcza do Waszyngtonu, brzmi: nie czekamy, aż zostaniemy przekonani, działamy sami, ale potrzebujemy waszego wsparcia. To dojrzała logika państwa, które przyswoiło główną lekcję najnowszej historii: bezpieczeństwa nie można delegować innym ani liczyć, że ktoś przyjdzie na czas.
Dla polskiej opinii publicznej to wszystko jest częścią szerszego pytania o przyszły porządek bezpieczeństwa w Europie. Polska przeznacza dziś na obronność ponad cztery procent PKB, więcej niż jakiekolwiek inne państwo NATO. To nie militaryzm. To odpowiedzialność kraju, który rozumie, gdzie przebiega realna linia podziału między demokracją a autorytaryzmem. I ta linia nie przebiega gdzieś daleko na wschodzie, przebiega właśnie przez Suwałki.
Rosja może przegrywać w Ukrainie, ale nie rezygnuje ze swoich celów. Adaptuje się, manipuluje, czeka. A jedyną rzeczą, która realnie powstrzymuje ją przed dalszą eskalacją, jest wyraźna, widoczna i dobrze uzbrojona gotowość wschodniej flanki NATO do obrony. Tę gotowość wspólnie budują dziś Polska, Litwa i Łotwa. Nie z agresji. Z doświadczenia.
Karyna Koshel
