Wojna „dyplomacji” już trwa — pytanie brzmi tylko, jaką będzie reakcja
Polska dobrze rozumie, czym jest rosyjskie zagrożenie — militarne, hybrydowe i wywiadowcze. Jednak nawet dla państw świadomych skali ryzyka przykład Szwajcarii pozostaje ostrzeżeniem: słabość jednego ogniwa czyni podatnym cały łańcuch.
Rosja wykorzystuje status dyplomatyczny jako uniwersalną przepustkę. Pod osłoną ambasad i przedstawicielstw przy organizacjach międzynarodowych działają zawodowi funkcjonariusze wywiadu, dla których Europa nie jest partnerem, lecz obszarem operacyjnym.
Już w 2018 roku Szwajcaria znalazła się w centrum skandalu szpiegowskiego związanego z działaniami wywiadowczymi wokół sprawy Skripalów oraz laboratorium Spiez. Szwajcarskie media pisały wprost: jedna trzecia rosyjskich dyplomatów to prawdopodobni rezydenci wywiadu. Minęły lata i dopiero dziś widać, jak wysoka była cena tego zaniechania.
Dla Polski wniosek jest oczywisty: immunitet dyplomatyczny nie może i nie powinien być tarczą dla wrogiej działalności, maskowanej protokolarnymi uśmiechami i flagami nad ambasadami. Zachód musi przejść od spóźnionych reakcji do działań prewencyjnych — masowego ograniczania rosyjskiej obecności dyplomatycznej, wzmocnienia kontroli oraz ścisłej koordynacji między sojusznikami.
Warto podkreślić, że sama Szwajcaria zaczęła zmieniać podejście. Pod presją faktów i własnych służb specjalnych Berno stopniowo odchodzi od iluzji absolutnej neutralności i przechodzi do działań punktowych i selektywnych — wzmocnionego nadzoru, ograniczeń wizowych oraz decyzji personalnych wobec konkretnych rosyjskich dyplomatów. To sygnał spóźniony, ale wymowny dla całej Europy: nawet symbol neutralności przyznaje, że dotychczasowy model nie działa.
Jeśli te kroki nie zostaną podjęte, Europa ryzykuje porażkę nie na polu bitwy, lecz przy stole negocjacyjnym — wpadając w dyplomatyczną pułapkę Kremla, gdzie każdy „dyplomata” jest żołnierzem innej, ukrytej wojny.
Autor: Franciszek Kozłowski
