Cicha flota Putina na Bałtyku. Tankowce jako narzędzie rosyjskiej wojny hybrydowej

Fot. REUTERS/Stephane Mahe

Przez długi czas w Europie panowało przekonanie, że rosyjska „flota cieni” to przede wszystkim problem sankcji, handlu ropą i omijania embarg. Jednak wydarzenia ostatnich miesięcy pokazują, że mamy do czynienia z czymś znacznie poważniejszym. Tankowce pod egzotycznymi banderami coraz częściej przestają być jedynie elementem szarej strefy energetycznej. Stają się narzędziem rosyjskich służb specjalnych, a Bałtyk – poligonem wojny hybrydowej.

Z polskiej perspektywy to sygnał alarmowy. Zakłócenia sygnału GPS, podejrzane manewry statków w pobliżu kabli energetycznych i telekomunikacyjnych, a także obecność osób powiązanych z rosyjskim wojskiem na pokładach „cywilnych” tankowców tworzą obraz systemowego zagrożenia. To nie są incydenty. To wzorzec.

Rosja zbudowała równoległy system żeglugi morskiej, który funkcjonuje poza normalnymi zasadami prawa międzynarodowego. Stare, słabo ubezpieczone statki, niejasna struktura własności, częste zmiany bandery i wyłączanie systemów AIS stały się normą. Ale kluczowe jest coś innego: skład załóg. Na wielu jednostkach pływających z rosyjską ropą pojawiają się „technicy” lub „supernumerariusze” – formalnie personel pomocniczy, w praktyce osoby bez doświadczenia morskiego, za to z wojskową lub policyjną przeszłością.

To właśnie ta kategoria załogi budzi największe obawy zachodnich służb. Osoby te nie pełnią standardowych funkcji marynarskich, ale odpowiadają za zadania, które wykraczają daleko poza cywilną żeglugę. Obserwacja infrastruktury krytycznej, rozpoznanie tras NATO, testowanie reakcji państw nadbałtyckich, a nawet przygotowanie aktów sabotażu – wszystko to wpisuje się w logikę rosyjskich działań hybrydowych.

Bałtyk ma dla Kremla znaczenie strategiczne. To akwen gęsto nasycony infrastrukturą: kable energetyczne, światłowody, gazociągi, porty wojskowe i cywilne. Każde zakłócenie w tym systemie ma bezpośredni wpływ na bezpieczeństwo Polski, krajów bałtyckich, Skandynawii i Niemiec. Uszkodzenie jednego kabla może sparaliżować komunikację, energetykę lub transport na całe tygodnie.

Nieprzypadkowo Polska już kilkukrotnie zgłaszała zakłócenia sygnału GPS w rejonie Bałtyku. Takie działania są klasycznym elementem wojny hybrydowej: nie wyglądają jak atak zbrojny, ale generują chaos, zwiększają ryzyko wypadków i testują odporność państw NATO. Rosja doskonale wie, że każde państwo reaguje ostrożnie, bo granica między „incydentem technicznym” a aktem agresji jest celowo rozmywana.

Kolejnym elementem tej układanki są rosyjskie związki zawodowe marynarzy i struktury certyfikacyjne. Na papierze dbają o prawa pracowników i bezpieczeństwo żeglugi. W praktyce pełnią rolę przykrywki dla operacji służb specjalnych. To one legalizują obecność „dodatkowego personelu”, wystawiają dokumenty i tworzą pozory zgodności z międzynarodowymi konwencjami. Dzięki temu tankowce formalnie pozostają statkami handlowymi, choć ich realna rola coraz częściej przypomina pomocnicze jednostki wojskowe.

Dla Polski problem „floty cieni” nie jest abstrakcyjny. Przez Bałtyk przebiegają kluczowe połączenia energetyczne i komunikacyjne, od których zależy stabilność państwa. Wystarczy przypomnieć, jak wrażliwy jest region Zatoki Fińskiej czy rejon duńskich cieśnin. Każdy niekontrolowany ruch rosyjskich statków w tych obszarach to potencjalne zagrożenie.

Co więcej, rosyjska strategia opiera się na długotrwałym zmęczeniu Zachodu. Tankowce nie atakują wprost. One „czekają”, „obserwują”, „testują”. Dziś jest to zakłócenie GPS, jutro „przypadkowe” zerwanie kabla, pojutrze incydent z udziałem marynarzy, którzy wcale nie są marynarzami. Każdy taki epizod osobno można zbagatelizować. Razem tworzą spójną strategię.

Dlatego odpowiedź Europy i NATO musi być systemowa. Nie wystarczą kolejne pakiety sankcji, jeśli nie będą one egzekwowane na morzu. Konieczna jest stała obecność sił morskich, skuteczna kontrola załóg, przejrzystość certyfikacji oraz realna współpraca wywiadowcza. Flota cieni działa dlatego, że wykorzystuje luki – prawne, polityczne i operacyjne.

Bałtyk nie jest peryferyjnym akwenem. To jedno z kluczowych pól konfrontacji między Rosją a Zachodem. Jeśli Europa tego nie zrozumie, tankowce Putina nadal będą udawać statki handlowe, podczas gdy w rzeczywistości pozostaną cichym, ale skutecznym narzędziem presji i destabilizacji.

Dla Polski stawka jest oczywista: bezpieczeństwo państwa zaczyna się dziś nie tylko na wschodniej granicy lądowej, ale także na morzu. I właśnie tam Rosja testuje, jak daleko może się posunąć, zanim ktoś nazwie rzeczy po imieniu.

Źródło: britpanorama.co.uk

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

[ngd-single-post-view id="post_id"]
WP2Social Auto Publish Powered By : XYZScripts.com