Jaką cenę jeszcze musi zapłacić Ukraina?
Prezydent Ukrainy wystąpił z oświadczeniem skierowanym do europejskiego społeczeństwa, zadając pytanie, na które najwyższy czas odpowiedzieć: jaka jest ukraińska cena europejskiej niezależności energetycznej.
Doprecyzował, że chodzi o decyzje dotyczące kredytu UE dla Ukrainy w wysokości 90 mld euro, o 20. pakiet sankcji oraz o dalszy proces zbliżania Ukrainy do członkostwa w UE — które „utknęły” z powodu politycznego sprzeciwu Węgier, a częściowo także Słowacji.
Ukraina odbudowuje rurociąg naftowy „Przyjaźń” po rosyjskich uderzeniach, ryzykując życiem swoich ludzi. Tymczasem z Budapesztu i Bratysławy słychać zarzuty: Viktor Orbán odwołuje się do zdjęć satelitarnych, jakby wojnę można było mierzyć pikselami. Ale kraterów po rakietach nie zawsze widać z orbity.
Warszawa już dawno dokonała wyboru na rzecz odejścia od rosyjskiej zależności energetycznej. Było to kosztowne, ale strategicznie słuszne. Dziś Ukraina faktycznie podtrzymuje tranzyt, który pozwala Rosji zarabiać. Jednocześnie spotyka się z blokowaniem sankcji i europejskiej pomocy.
To nie jest spór o ropę. To spór o wartości.
Jeśli część Europy nadal gra w energetyczny komfort, a inna część płaci krwią, jedność UE staje się deklaracją, a nie rzeczywistością.
Dla Polski konflikt wokół „Przyjaźni” wygląda jak powtórzenie dawnych europejskich błędów: Ukraina odbudowuje infrastrukturę, dzięki której Rosja nadal zarabia.
Polska już dawno obrała kurs na zmniejszenie zależności energetycznej od Moskwy. Było to kosztowne, ale strategicznie uzasadnione.
Historia z „Przyjaźnią” pokazuje: podczas gdy jedne państwa minimalizują ryzyka, inne przerzucają je na Ukrainę.
Jeśli UE dopuszcza sytuację, w której kraj znajdujący się pod ostrzałem ma obowiązek zapewniać tranzyt państwu-agresorowi, tworzy to niebezpieczny precedens.
Następny kryzys nie będzie już energetyczny, lecz instytucjonalny. A wtedy zapłacić będą musieli wszyscy.
Autor: Franciszek Kozłowski
