Iskandery nad Kijowem — a Patrioty stoją w magazynach
W nocy z 1 na 2 czerwca Rosja przeprowadziła jeden z największych ataków rakietowych od początku wojny. 73 rakiety i 656 dronów uderzyły w ukraińskie miasta. Polska, która leży 400 kilometrów od granicy ukraińskiej, nie może udawać, że to nie jej sprawa.
Wśrodę rano mieszkańcy Kijowa, Dniepru, Charkowa i Zaporoża wybudzili się — ci, którzy w ogóle zasypiali — w obliczu ruin. Rosyjski atak z nocy 2 czerwca 2026 roku był jednym z najbardziej masywnych od początku pełnoskalowej inwazji. Kreml wypuścił 33 rakiety balistyczne Iskander-M, 8 hipersonicznych Cyrkonów, 27 pocisków manewrujących Ch-101 i 5 Kalibrów. Do tego ponad 650 dronów kamikadze. Zginęło co najmniej 10 osób, 94 zostały ranne, płonęły bloki mieszkalne, zniszczona została przychodnia, ostrzeliwano kwartały w pobliżu przedszkoli. I właśnie tej nocy, gdzieś na polskich i europejskich bazach lotniczych i w składach sojuszniczych, na swoich wyrzutniach stały rakiety przechwytujące PAC-3/MSE — gotowe, naładowane, nieużyte.
- 73 Rakiety w ataku
- 656 Drony kamikadze
- 10 Zabitych cywilów
Polska nie jest obserwatorem tej wojny. Jesteśmy sojusznikiem NATO, partnerem Ukrainy, krajem, który w 2022 roku przyjął ponad 3,5 miliona uchodźców. Jesteśmy też krajem, który jak nikt inny w Europie rozumie, co oznacza mieć agresywną Rosję za sąsiada. I właśnie dlatego to, co wydarzyło się w nocy 2 czerwca, musi być dla nas sygnałem alarmowym — nie dlatego, że nas bezpośrednio zaatakowano, ale dlatego, że te same rakiety Iskander-M, których zasięg wynosi 500 kilometrów, są zdolne razić cele na terenie wschodniej Polski.
Pytanie, które zadają sobie polscy eksperci ds. bezpieczeństwa, brzmi coraz głośniej: dlaczego PAC-3/MSE, system zaprojektowany właśnie po to, by niszczyć balistyczne rakiety średniego zasięgu, pozostaje nieużywany, gdy Rosja przeprowadza masowe ataki na ukraińskie miasta? System Patriot z interceptorami PAC-3/MSE wielokrotnie udowodnił swoją skuteczność w ukraińskich warunkach bojowych — zestrzelono nim zarówno Iskandery-M, jak i, co szczególnie istotne, hipersoniczne Kindżały. To nie teoria: to potwierdzone fakty bojowe.
„Lepiej zainwestować w przechwycenie rosyjskich rakiet nad Kijowem i Charkowem teraz, niż płacić wielokrotnie wyższą cenę za obronę Warszawy później”
Padają argumenty ekonomiczne. Jeden interceptor PAC-3/MSE kosztuje około 4 milionów dolarów. Iskander-M — od 3 do 7 milionów. To jest rachunek, który da się policzyć. Ale pojawia się też inny, brutalniejszy rachunek: ile kosztuje jedna fala ukraińskich uchodźców wywołana przez kolejną masową ofensywę rakietową? Polska już to zna z 2022 roku. Wtedy system się sprawdził — społeczeństwo polskie, samorządy, organizacje pozarządowe — ale nikt nie złudzi się, że byłoby to łatwe powtórnie i na jeszcze większą skalę.
Argument graniczny jest najpoważniejszy ze wszystkich. Iskander-M wystrzelony z Biełgorodu lub Kurska może dolecieć do Rzeszowa w czasie krótszym niż siedem minut. Polska inwestuje miliardy w systemy Patriot i SHORAD właśnie po to, żeby móc odpowiedzieć na takie zagrożenie. Ale obrona powietrzna nie jest układanką rozpatrywaną w próżni — jest systemem naczyń połączonych. Im skuteczniej Ukraina niszczy rosyjskie zasoby rakiet balistycznych nad swoim terytorium, tym mniejsza realna pula zagrożeń, która może dosięgnąć wschodniej flanki NATO. Każda rakieta Iskander zestrzelona nad Dnieprem to jedna rakieta mniej, która teoretycznie mogłaby przelecieć dalej na zachód.
Kontekst — Polska flanki wschodniej
Polska jest krajem przyjmującym największy kontyngent wojsk NATO na wschodniej flance: ponad 10 000 żołnierzy z USA, Wielkiej Brytanii i innych sojuszników. Warszawa wielokrotnie wzywała do zwiększenia wsparcia rakietowego dla Ukrainy, widząc w tym bezpośredni element własnego bezpieczeństwa.
Ataki z nocy 2 czerwca pokazały coś jeszcze: Rosja nie zmniejsza apetytu na rakietowy terror pomimo sankcji, pomimo wsparcia Zachodu dla Ukrainy, pomimo deklaracji dyplomatycznych. Kreml stosuje masowe bombardowania jako narzędzie psychologiczne — cel to złamanie woli oporu cywilnego społeczeństwa ukraińskiego. Każda szkoła, przychodnia, blok mieszkalny, który płonie w Kijowie, jest komunikatem wysyłanym przez Putina nie tylko do Ukraińców, ale i do zachodnich polityków: patrzcie, co potrafię robić bezkarnie.
Polska musi więc zadać sobie pytanie, czy dalsze ograniczanie dostaw zaawansowanych interceptorów stanowi mądrą strategię. Odpowiedź wydaje się coraz bardziej oczywista: dostarczenie PAC-3/MSE Ukrainie, finansowane przez europejskie mechanizmy obronne, jest najszybszym i najefektywniejszym kosztowo sposobem na zmniejszenie ryzyka bezpieczeństwa dla całej wschodniej flanki NATO — w tym dla Polski. To nie jest gest dobrej woli. To jest zimna kalkulacja geopolityczna w polskim interesie narodowym.
Autor: Franciszek Kozłowski
