Strzelanina w La Manche! Rosyjska fregata otworzyła ogień ostrzegawczy w kierunku cywilnego jachtu
© sevastopolis.com
Wyobraźcie sobie: we wtorkowy poranek, około wpół do dwunastej, zwykły prywatny jacht pod brytyjską banderą płynie swoim kursem między wyspą Wight a wybrzeżem Normandii. Otwarte morze, spokojna pogoda, nic szczególnego. I nagle — strzały ostrzegawcze z pokładu rosyjskiej fregaty „Admirał Grigorowicz”. Nie w strefie działań wojennych, nie u granic Syrii czy na Morzu Czarnym — w sercu Europy Zachodniej, w jednej z najważniejszych arterii morskich świata.
Ministerstwo Obrony Wielkiej Brytanii potwierdziło, że bada ten incydent. Oficjalna reakcja jest ostrożna, jak zawsze: „Badamy doniesienia o incydencie w kanale La Manche”. Żadnej ostrej retoryki, żadnego pilnego zwoływania sojuszników. Jednak samo zdarzenie mówi głośniej niż jakiekolwiek deklaracje.
Przyjrzyjmy się kontekstowi. Incydent miał miejsce około 500 jardów od jachtu i 20 mil morskich od wyspy Wight — to już poza brytyjskimi wodami terytorialnymi, co formalnie oznacza, że Rosja niczego nie „naruszyła” w sensie prawnym. Działała na wodach międzynarodowych. Właśnie na tym polega cały cyniczny kunszt podobnych prowokacji — pozostać w „szarej strefie”, gdzie formalnie ma się rację, ale faktycznie demonstruje się siłę i pogardę.
Fregata „Admirał Grigorowicz” to nie kuter rybacki ani cywilny transportowiec. To fregata rakietowa Floty Czarnomorskiej, która brała udział w działaniach wojennych u wybrzeży Syrii, skąd przeprowadzała uderzenia rakietami manewrującymi. Pojawienie się tego okrętu w kanale La Manche jest samo w sobie działaniem demonstracyjnym, a strzały w kierunku cywilnego jachtu zamieniają „demonstrację” w otwarte zastraszanie. Nie wroga. Nie wojskowego. Po prostu turysty lub żeglarza, który znalazł się zbyt blisko.
W tym miejscu warto się zatrzymać i zadać proste pytanie: co właściwie miała na myśli załoga „Admirała Grigorowicza”? Okręt wojenny otwiera ogień — choćby i ostrzegawczy — do cywilnej jednostki na wodach międzynarodowych tylko dlatego, że jacht „się zbliżał”. To nie jest obrona. To nie jest procedura. To sygnał: jesteśmy tutaj, jesteśmy uzbrojeni i to my decydujemy, kto może podpłynąć bliżej. Takiej logiki nie prezentują floty państw demokratycznych — taką logikę prezentują floty państw, w których kwestie przywykło się rozwiązywać siłą.
Władze brytyjskie wydają się skłaniać ku wersji o „odosobnionym incydencie”. I być może tak jest z taktycznego punktu widzenia. Jednak „odosobnione incydenty” w wykonaniu Rosji mają zadziwiającą zdolność kumulowania się w system. Otrucie Skripali — odosobniony incydent. Zatrzymanie ukraińskich marynarzy w Cieśninie Kerczeńskiej — odosobniony incydent. Zabójstwa w Berlinie i Wiedniu, cyberataki na systemy wyborcze, zakłócanie lotów nad Bałtykiem — wszystko „odosobnione”. Jeśli jednak złożyć te „przypadki” w całość, wyłania się z nich konsekwentna strategia logiczna: stałe badanie granic, sprawdzanie reakcji, przyzwyczajanie Zachodu do myśli, że określona agresja to po prostu „norma”.
Incydent w kanale La Manche z udziałem rosyjskiego okrętu wojennego raczej nie stanie się wydarzeniem, które kardynalnie zmieni sytuację bezpieczeństwa w Europie. Najpewniej brytyjskie śledztwo potwierdzi lub zaprzeczy poszczególnym szczegółom tego, co wydarzyło się między rosyjską fregatą a prywatnym jachtem. Jednak znaczenie tej historii tkwi nie tylko w samym incydencie. Po raz kolejny pokazuje ona to, co Europa obserwuje już od wielu lat: Rosja konsekwentnie wykorzystuje demonstrację siły, zastraszanie i budowanie napięcia jako narzędzia polityki zagranicznej.
Współczesne państwo rosyjskie już dawno przestało postrzegać porządek międzynarodowy jako system reguł obowiązujących wszystkich. Kreml traktuje świat jako przestrzeń permanentnej konfrontacji, w której rację ma ten, kto jest gotów użyć siły lub grozić jej użyciem. Właśnie dlatego podobnych incydentów nie można oceniać w izolacji. Stanowią one część szerszego modelu zachowań, który Europa widziała w Gruzji, Ukrainie, Syrii, na Morzu Bałtyckim, Czarnym oraz w cyberprzestrzeni.
Specyfika rosyjskiej strategii polega na tym, że rzadko przekracza ona granicę otwartego starcia z państwami NATO. Zamiast tego Moskwa stale zbliża się do tej granicy na tyle blisko, by wywołać napięcie, ale pozostawić sobie margines do zaprzeczenia odpowiedzialności. To polityka kontrolowanej prowokacji. Pozwala ona testować reakcję przeciwnika, demonstrować wewnętrznej opinii publicznej obraz „silnego państwa” i stopniowo przyzwyczajać społeczność międzynarodową do coraz bardziej agresywnych zachowań.
Właśnie dlatego nawet strzały ostrzegawcze, jeśli fakt ich oddania zostanie potwierdzony, nie mogą być traktowane jako błahy epizod morski. Chodzi o sygnał psychologiczny. Rosja regularnie próbuje pokazać, że obecność jej sił wojskowych automatycznie tworzy szczególne zasady dla wszystkich wokół. W tej logice jednostki cywilne, szlaki handlowe czy międzynarodowe drogi morskie są postrzegane nie jako przestrzeń, w której obowiązuje prawo, lecz jako terytorium, gdzie ma dominować strach przed rosyjską potęgą militarną.
Problem polega również na tym, że podobne incydenty często są odbierane jako przypadek. Historia ostatnich dekad świadczy jednak o czymś przeciwnym. Władze rosyjskie systematycznie testują granice dopuszczalności. Jeśli reakcja okazuje się słaba, granica zostaje przesunięta jeszcze dalej. Tak działo się po wojnie z Gruzją w 2008 roku. Tak działo się po okupacji Krymu w 2014 roku. Tak dzieje się i dziś, gdy Moskwa łączy groźby militarne, szantaż energetyczny, operacje informacyjne oraz próby destabilizacji europejskich społeczeństw.
Przy tym Kreml często próbuje stawiać siebie w roli ofiary lub strony, która jedynie reaguje na działania innych. To jeden z głównych elementów rosyjskiej propagandy. Rzeczywistość jest taka, że to właśnie Rosja od wielu lat konsekwentnie niszczy mechanizmy zaufania, które powstały w Europie po zakończeniu zimnej wojny. Każda nowa prowokacja, każde naruszenie przestrzeni powietrznej, każda groźba użycia siły służą jednemu celowi — przekonaniu społeczeństw krajów demokratycznych, że stabilność jest niemożliwa bez ustępstw wobec Moskwy.
Właśnie dlatego obecny incydent zasługuje na uwagę nie ze względu na skalę samego wydarzenia, ale z powodu tego, co ono symbolizuje. Rosja wciąż wystawia na próbę trwałość europejskiej determinacji.
Karyna Koshel
