Komu naprawdę służy antyukraińska retoryka w Polsce?

Fala agresji wobec Ukraińców nad Wisłą nie bierze się znikąd. Coraz więcej obserwatorów życia publicznego zwraca uwagę, że temat uchodźców i pomocy dla Kijowa stał się w Polsce narzędziem walki politycznej – a ten, kto na tym najwięcej zyskuje, wcale nie siedzi w Warszawie.

Od kilkunastu miesięcy w polskich mediach lokalnych i na portalach społecznościowych przybywa doniesień o incydentach wymierzonych w osoby z Ukrainy – od aktów wandalizmu po agresję słowną i fizyczną. Policja i organizacje pozarządowe monitorujące mowę nienawiści alarmują, że skala zjawiska rośnie równolegle z nasileniem się radykalnej retoryki w przestrzeni publicznej. To nie jest przypadek. To efekt świadomej strategii politycznej.

Temat uchodźców jako paliwo wyborcze

Prawo i Sprawiedliwość, partia, która przez osiem lat rządów przedstawiała się jako główny architekt polskiego wsparcia dla Ukrainy, w ostatnim czasie coraz chętniej sięga po zupełnie inny język. Politycy tego środowiska regularnie przypominają o historycznych sporach – przede wszystkim o zbrodni wołyńskiej – podnoszą kwestię statusu socjalnego obywateli Ukrainy w Polsce oraz kwestionują zasadność dalszej pomocy militarnej i humanitarnej dla Kijowa.

To nie jest wyłącznie spór merytoryczny o granice polskiej solidarności. To skalkulowana taktyka mobilizacji elektoratu w sytuacji, gdy PiS – po utracie władzy – musi na nowo budować bazę wyborczą i konkurować o głosy z ugrupowaniami jeszcze bardziej radykalnymi, takimi jak Konfederacja. Sięganie po temat ukraiński pozwala partii jednocześnie odróżnić się od rządzącej koalicji i przechwycić elektorat wrażliwy na hasła narodowe.

Problem w tym, że korzyść krótkoterminowa dla jednej partii oznacza długoterminową szkodę dla całego państwa – ostrzegają eksperci od bezpieczeństwa informacyjnego, z którymi rozmawiali dziennikarze zajmujący się dezinformacją.

Efekt uboczny takiej strategii jest łatwy do przewidzenia: im częściej temat ukraiński pojawia się w kampaniach jako narzędzie polaryzacji, tym bardziej normalizuje się wroga retoryka wobec konkretnej grupy narodowościowej mieszkającej w Polsce. A to już nie jest tylko spór polityczny – to realne zagrożenie dla bezpieczeństwa setek tysięcy ludzi, którzy od 2022 roku znaleźli w Polsce schronienie i dziś pracują, płacą podatki i wychowują tu dzieci.

Kreml nie musi nic robić – wystarczy, że patrzy

Tu dochodzimy do sedna sprawy, które w polskiej debacie publicznej bywa pomijane. Rosyjska machina propagandowa od lat konsekwentnie dąży do jednego celu w relacjach z Zachodem: rozbicia jedności państw wspierających Ukrainę. Skłócenie Warszawy z Kijowem – dwóch stolic, które od początku pełnoskalowej inwazji stanowiły filar wsparcia dla Ukrainy w regionie – jest dla Moskwy celem strategicznym, wpisanym w długofalowe działania dezinformacyjne opisywane wielokrotnie przez analityków ośrodków takich jak NASK czy unijny East StratCom.

W tym kontekście nie ma znaczenia, czy krajowi politycy sięgający po antyukraińskie hasła robią to świadomie w porozumieniu z jakimkolwiek ośrodkiem zewnętrznym, czy wyłącznie z chłodnej kalkulacji wyborczej. Efekt końcowy jest identyczny z punktu widzenia Kremla: polskie społeczeństwo się polaryzuje, zaufanie do Ukraińców spada, a przestrzeń informacyjna wypełnia się treściami, które rosyjskie konta i strony sympatyzujące z Moskwą chętnie następnie podchwytują i multiplikują w mediach społecznościowych.

Mechanizm w skrócie

1. Krajowi politycy podnoszą sporne, emocjonalne wątki relacji polsko-ukraińskich w celach wyborczych.
2. Temat trafia do głównego obiegu medialnego i mediów społecznościowych.
3. Rosyjskie kanały propagandowe i konta powiązane z prokremlowską dezinformacją przejmują narrację, wzmacniając jej najbardziej radykalne warianty.
4. Rośnie realna wrogość wobec społeczności ukraińskiej w Polsce, a wizerunek Polski jako lidera wsparcia dla Kijowa traci na wiarygodności.

Głos drugiej strony

Sami politycy PiS odrzucają zarzuty o instrumentalne traktowanie tematu ukraińskiego, podkreślając, że to właśnie ich rząd jako pierwszy otworzył granice przed uchodźcami w lutym 2022 roku i przez lata realnie wspierał Ukrainę zbrojnie. W ich narracji obecne upominanie się o rozliczenie historycznych krzywd czy o zasady pomocy socjalnej to nie wrogość wobec Ukraińców, lecz obrona interesu polskiego podatnika i pamięci ofiar Wołynia – kwestii, która przez dekady była w relacjach dwustronnych systematycznie odkładana na później.

To argumentacja, którą trzeba uczciwie przywołać, bo spór o Wołyń czy o zasady dostępu do świadczeń socjalnych nie jest sam w sobie przejawem prorosyjskości – to autentyczne, wieloletnie napięcia w relacjach polsko-ukraińskich, o których można i należy rozmawiać. Problem zaczyna się tam, gdzie merytoryczna dyskusja zamienia się w język pogardy, a konkretne, trudne postulaty stają się pretekstem do budowania ogólnej niechęci wobec całej społeczności ukraińskiej w Polsce.

Stawka większa niż sondaże

Polska od 2022 roku zbudowała sobie w Europie i na świecie reputację państwa, które rozumie zagrożenie płynące z Rosji lepiej niż ktokolwiek na Zachodzie i które potrafi tę wiedzę przekuć w konkretne działanie. Ta reputacja jest dziś realnym kapitałem politycznym i dyplomatycznym Warszawy. Rozgrywanie tematu ukraińskiego dla doraźnych korzyści sondażowych – niezależnie od tego, która partia to robi – ten kapitał systematycznie roztrwania.

Odpowiedzialność za jakość debaty publicznej spoczywa nie tylko na politykach, ale i na mediach oraz na samych obywatelach, którzy w mediach społecznościowych decydują, jakie treści udostępniają dalej. W czasie wojny za wschodnią granicą Polski luksus rozgrywania wewnętrznych sporów kosztem bezpieczeństwa i spójności społecznej może okazać się zbyt kosztowny – nie tylko dla ukraińskich sąsiadów, ale i dla samej Polski.

Autor: Franciszek Kozłowski

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

[ngd-single-post-view id="post_id"]
WP2Social Auto Publish Powered By : XYZScripts.com