Rekordowe 7,3 mld euro na rosyjski gaz. Jak Europa Zachodnia finansuje wojnę, przed którą ostrzega Polska
Podczas gdy na wschodniej flance NATO analizuje się każdy incydent naruszenia przestrzeni powietrznej, porty Francji, Belgii i Hiszpanii biją rekordy importu skroplonego gazu z rosyjskiego Jamału. Dane branżowe nie pozostawiają wątpliwości: sankcyjna polityka Unii Europejskiej ma wyjątek, który kosztuje miliardy.
W ciągu zaledwie ośmiu miesięcy 2026 roku kraje Unii Europejskiej wydały na skroplony gaz ziemny (LNG) z rosyjskiego projektu arktycznego Jamał niemal 7,3 mld euro — więcej, niż wyniosły całoroczne wydatki w roku 2025. To liczba, która powinna dać do myślenia każdemu, kto śledzi oficjalną retorykę Brukseli o „stopniowym, ale nieodwracalnym” uwalnianiu się od rosyjskich surowców energetycznych.
~7,3 mld €wydatki UE na LNG z Jamału, I–VIII 2026
88,9%udział UE w globalnym eksporcie Jamału
156dostaw do portów europejskich
Dane te pochodzą z analizy przeprowadzonej przez niemiecką organizację pozarządową Urgewald na podstawie informacji firmy analitycznej Kpler i zostały opisane przez Euronews. Od stycznia do pierwszych dni września europejskie terminale przyjęły 156 transportów jamalskiego LNG o łącznej wadze niemal 11,4 mln ton — o ponad 10 procent więcej niż w analogicznym okresie roku poprzedniego. Co szczególnie wymowne, prawie 89 procent całego eksportu z Jamału trafiło właśnie do Unii Europejskiej, podczas gdy jeszcze rok wcześniej odsetek ten wynosił niespełna 78 procent.
Kto kupuje najwięcej
Liderami importu pozostają Francja, Belgia i Hiszpania — kraje, które łącznie odpowiadają za zdecydowaną większość zakupów. Francuskie terminale w Dunkierce i Montoir-de-Bretagne od miesięcy notują rekordowe wolumeny przeładunków rosyjskiego gazu, a Belgia i Hiszpania nie pozostają daleko w tyle. To właśnie te trzy państwa — a nie kraje frontowe wschodniej flanki — napędzają dziś popyt na surowiec z sankcjonowanego, ale wciąż funkcjonującego kompleksu Novateku.
Dla polskiego odbiorcy ten kontrast jest trudny do zignorowania. Polska od lat konsekwentnie ogranicza własną zależność od rosyjskich nośników energii, inwestując w terminal LNG w Świnoujściu, gazociąg Baltic Pipe i dywersyfikację dostaw. Tymczasem starzy członkowie Unii, często pouczający Warszawę w kwestiach praworządności czy polityki wschodniej, sami utrzymują komercyjne więzi z rosyjskim sektorem energetycznym na skalę liczoną w miliardach euro.
Każdego dnia europejscy odbiorcy przekazują na zakup rosyjskiego LNG średnio 30–32 mln euro — sumę, którą analitycy rynku energii porównują do szacowanego dobowego kosztu produkcji części rosyjskiego arsenału uderzeniowego, w tym dronów typu Shahed i pocisków balistycznych.
Luka w sankcjach, która ma nazwę: kontrakty długoterminowe
Unia Europejska formalnie zakazała już importu rosyjskiego LNG w ramach kontraktów krótkoterminowych — zakaz ten wszedł w życie w kwietniu 2026 roku. Problem w tym, że zdecydowana większość obecnych dostaw realizowana jest na podstawie umów długoterminowych, zawartych jeszcze przed wojną, część z nich obowiązuje aż do 2038–2041 roku. Pełne embargo na rosyjski LNG ma wejść w życie dopiero 1 stycznia 2027 roku — i właśnie ta odległa data tłumaczy obecny pośpiech.
Jak zauważają analitycy Kpler, obecna fala zakupów to w dużej mierze efekt kalkulacji biznesowej: europejskie koncerny energetyczne starają się zmaksymalizować wykorzystanie kontraktów, zanim te formalnie wygasną lub zostaną objęte zakazem. Innymi słowy — im bliżej embarga, tym intensywniej firmy takie jak TotalEnergies, Naturgy czy Shell odbierają zakontraktowane wolumeny, niezależnie od politycznego przekazu płynącego z Brukseli.
Polska perspektywa: koszt niespójności
Dla Warszawy, która od miesięcy alarmuje sojuszników o skali rosyjskich prowokacji na wschodniej flance — od incydentów dronowych po upadek szczątków pocisku manewrującego na terytorium Lubelszczyzny — wiadomość o rekordowych zakupach LNG brzmi jak dysonans. Polskie władze wielokrotnie podkreślały, że presja sankcyjna i solidarność energetyczna to fundamenty wspólnej odpowiedzi Zachodu na agresję Rosji. Tymczasem realia rynkowe pokazują, że dla części „starej Unii” twarda kalkulacja biznesowa wciąż wygrywa z deklaracjami politycznymi.
Nie chodzi przy tym o proste oskarżenie o hipokryzję — sytuacja jest bardziej złożona. Część kontraktów zawarto na długo przed 2022 rokiem, a ich zerwanie wiąże się z ryzykiem kosztownych postępowań arbitrażowych ze strony Gazpromu i Novateku. Niemniej jednak fakt, że luka prawna pozwala legalnie zwiększać, a nie ograniczać, zakupy rosyjskiego gazu w roku, w którym Unia jednocześnie negocjuje kolejny, dwudziesty drugi pakiet sankcji, pozostaje politycznie trudny do obrony.
Co dalej
Do wejścia w życie pełnego zakazu importu pozostało niewiele ponad rok. Eksperci ostrzegają jednak, że sam formalny termin nie gwarantuje zamknięcia luki — wcześniejsze doświadczenia z sektorem naftowym pokazały, jak trudno wyegzekwować embargo wobec dobrze zorganizowanej floty tankowców klasy lodowej Arc7 i sieci pośredników. Dla Polski i innych państw wschodniej flanki oznacza to jedno: presja na Brukselę, by rzeczywiście domknęła sankcyjną architekturę, a nie tylko ogłaszała kolejne symboliczne terminy, będzie w najbliższych miesiącach tylko rosła.
Autor: Franciszek Kozłowski
