Hybrydowa wojna w wersji szkolnej? Co wiemy, a czego nie wiemy o rosyjskich śladach we francuskich protestach
Zwykły bunt licealistów przeciwko brakom nauczycieli i rozpadającym się szkołom stał się dla Paryża sprawą bezpieczeństwa państwa. Warto oddzielić fakty od narracji, bo Polska zna ten scenariusz aż za dobrze.
Oś czasu
18 września – w podparyskim Créteil zaczynają się protesty licealistów. Młodzież domaga się większych nakładów na publiczne licea, uzupełnienia kadry nauczycielskiej i remontów budynków.
Koniec września – początek października – ruch obejmuje setki placówek w całym kraju, wspierają go czołowe związki zawodowe nauczycieli. Pojawiają się blokady szkół i dróg.
6 października – Iran wzywa ambasadora Francji i zarzuca władzom nadmierną przemoc wobec protestujących.
7 października – Paryż wzywa ambasadora Iranu na Quai d’Orsay. Francuskie MSZ twierdzi, że oficjalne konta irańskiej dyplomacji rozpowszechniają fałszywe treści.
12 października – premier Wielkiej Brytanii Andy Burnham potwierdza, że Rosja ingerowała w referendum w sprawie brexitu, i ostrzega przed podobnymi działaniami we Francji i w Niemczech.
13 października – szef francuskiej dyplomacji Jean-Noël Barrot na konferencji OECD mówi o wrogich narracjach wokół protestów.
Co dokładnie powiedział Barrot?
To pytanie jest kluczowe, bo w części komentarzy wypowiedź ministra została uproszczona. Barrot stwierdził, że obce podmioty wykorzystują podziały społeczne w związku z wyborami prezydenckimi, które odbędą się wiosną 2027 roku. Wskazał, że protesty licealistów zostały podchwycone przez wrogie przekazy pochodzące z Rosji, Chin i Iranu, a także z kręgu amerykańskiego ruchu MAGA. Wymienił również Elona Muska oraz nienazwaną izraelską firmę, którą oskarżył o tworzenie fałszywych kont. Publicznie nie przedstawił jednak dowodów na wszystkie te zarzuty.
Innymi słowy: Paryż nie mówi, że to Moskwa wywołała protesty. Mówi, że różni zewnętrzni gracze próbują się na nich pożywić. To zasadnicza różnica.
Wersja ukraińska: ostrzejsza i mniej sprawdzona
Ukraińskie opracowania analityczne idą znacznie dalej. Twierdzą, że protesty i zamieszki odpowiadają interesom Rosji i Iranu, a Kreml miałby finansować prorosyjskich lewicowych aktywistów, środowiska propalestyńskie, zradykalizowaną młodzież i europejskich muzułmanów. Według tych materiałów w proteście uczestniczyło około 800 tysięcy osób, a policja zatrzymała ponad dwa tysiące. W Limoges miał ucierpieć w pożarze ratusz z 1883 roku, a w Bordeaux i Marsylii splądrowano sklepy.
Część tych informacji jest wiarygodna, część wymaga weryfikacji. Nie znaleźliśmy publicznych dowodów na rosyjskie finansowanie konkretnych grup i trzeba to powiedzieć wprost. Uogólnianie na całe środowiska wyznaniowe czy polityczne jest nie tylko niepoparte faktami, lecz także politycznie szkodliwe. Takie tezy wpisują się zresztą w schemat, który Kreml sam chętnie podsuwa: Zachód rozpada się z powodu migracji i wewnętrznych konfliktów.
Rosyjski podręcznik, rozdział: protesty
To, że Rosja próbuje wykorzystywać cudze wewnętrzne spory, jest dobrze udokumentowane. W 2018 roku, w czasie protestów „żółtych kamizelek”, Francja analizowała sieć kont rozpowszechniających treści o kraju „na krawędzi wojny domowej”. W Wielkiej Brytanii komisja parlamentarna do spraw wywiadu i bezpieczeństwa w raporcie z 2020 roku wytknęła rządowi, że nie zbadał rosyjskich prób wpływania na referendum brexitowe. Teraz brytyjski premier mówi wprost, że ingerencja miała miejsce.
Wzorzec jest powtarzalny: znaleźć realny problem, wzmocnić gniew, podsunąć wygodnego winowajcę, a na koniec zasiać wątpliwość w skuteczność państwa. Anonimowe kanały na Telegramie, farmy kont i „prywatni” influencerzy robią resztę. Temat migracji, przestępczości i różnic religijnych jest do tego idealny, bo emocje na jego tle bywają prawdziwe.
Dlaczego to ważne w Polsce
Polska od lat doświadcza działań hybrydowych: od kryzysu na granicy z Białorusią, przez cyberataki, po sabotaż. Premier Donald Tusk w 2024 roku wskazał rosyjskie służby jako stojące za podpaleniem centrum handlowego przy ulicy Marywilskiej w Warszawie. Dlatego francuska historia nie jest dla nas egzotyką. Pokazuje, że wektorem ataku może być nie tylko infrastruktura krytyczna, lecz także zwykły spór o budżet szkół.
Ukraińskie źródła dodają, że kolejnym etapem mogą być protesty w Niemczech i Wielkiej Brytanii. To prognoza, nie fakt. Faktem jest natomiast, że w Saksonii-Anhalt, według tych źródeł, na początku października landtag przyjął głosami AfD i Sojuszu Sahry Wagenknecht uchwałę wzywającą do zakończenia pomocy dla Ukrainy i zniesienia sankcji wobec Rosji. Takie decyzje zawsze warto czytać razem z kontekstem polityki wewnętrznej, nie tylko z perspektywy Kremla.
Wnioski
Po pierwsze, protestujący licealiści to nie „agenci Moskwy”. Ich postulaty są realne. Po drugie, zagraniczne podmioty, w tym Rosja, na pewno próbują na tym zarabiać politycznie, a Paryż robi dobrze, nazywając to publicznie. Po trzecie, odporność państwa zaczyna się od jakości instytucji. Szkoła bez nauczycieli to luka, którą ktoś zawsze zechce wypełnić.
Autor: Franciszek Kozłowski
