Polska w konstelacji amerykańskiej, niemieckiej albo rosyjskiej. Obecnie istnieją tylko trzy układy odniesienia

„prime minister" / autor: unsplash

Jeśli odrzucimy polityczne akty strzeliste poszczególnych partii, że Rzeczpospolita ma prowadzić politykę przede wszystkim „polską” albo że ma być „europejska”, jeśli odrzemy wektory relacji międzynarodowych z medialnych sloganów zostaną nam tylko trzy kierunki geopolityczne: anglosaski (PiS), niemiecki (PO, w mniejszym stopniu Lewica) albo rosyjski (Konfederacja, w pewnym stopniu także część PSL).

Wszystko to poubierane jest w szaty rozmwywające istotę sprawy. PiS nie demonstruje amerykańskiego wektoru za bardzo, by jeszcze bardziej nie zgrzytnęło w Brukseli, Tusk już staje się takim wrogiem Nord Stream, że zaraz będzie nurkował z młotkiem w Bałtyku, by zapobiec uruchomieniu rury, zaś Konfederacja stawia jedynie na „wielowektorowość”, a podziw dla morderców Kadyrowa pozostawia Januszowi Korwin-Mikkemu.

Rzecz jasne te trzy kierunki się nie wykluczają kompletnie – niemiecki z rosyjskim znajduje wspólne nuty, amerykański ma swoje mniej lub bardziej prounijne momenty, na szczęście po fiasku resetu Obamy dla Moskwy wektory anglosaski z rosyjskim przestały się w ogóle pokrywać. Ale warto na polską politykę spojrzeć właśnie w tej makroskali. Ostatnio Berlin odwołał Tuska z EPP a von Loringhovena z ambasady w Warszawie, zaś ambasador USA Mark Brzezinski zaprasza polityków różnych opcji sondując, kto jeszcze poza Nowogrodzką zapewniłby Warszawie kurs proatlantycki. Zdaje się, że Hołownia jest najbardziej obrotowy, a pod płaszczem swojej panpolitycznej czy postpolitycznej retoryki mógłby ukryć nawet wektor proarabski.

W Rzeczpospolitej takie podszycie podziałów partyjnych nie jest niczym nowym – w XVII wieku mieliśmy partię francuską i austriacką, w XVIII – szwedzką i rosyjską wraz z innymi wariantami. I tak oto posłowie sobie gardłowali za obroną wiary, nie wiedząc często ze wspierają tym Austrię i jej antytureckie zmagania, inni przeklinali Niemca i chcieli pokoju dla rozwoju „ekonomiki”, nie wiedząc że ich liderzy pobierają pensyjki z komponującymi tę narrację dyplomatami Wersalu. Potem jedni krzyczeli o tolerancji w rytm dyrygentów z pałaców Katarzyny II lub za reformami, które odwracały uwagę europejskich sił od francuskiej rewolucji. I tak to się kręci nad Wisłą, gdy nasze interesy wplecione są nierozerwalnie w szerszy układ sił.

Dziś identycznie – przypisywanie przez Tuska wszystkich ekonomicznych trudności PiSowi pomaga umniejszyć skalę rosyjskiej inwazji na Ukrainę (Scholz lubi to), samozwańczy eksperci od banderyzmu lub tropiciele żydowskich spisków osłabiają polską pomoc Ukrainie (Putin mruga okiem), zaś zakupy ministra Błaszczaka sygnalizują Waszyngtonowi polskie zaangażowanie w NATO (brawa w Białym Domu).

Przy wyborze kierunków geopolitycznych można kierować się założeniami cywilizacyjnymi (rosyjska dzicz, niemiecka dominacja, amerykański szeryf), ale istnieje też jeden oczywisty wyznacznik. Niemcom i Rosji potrzebni jesteśmy jako skarlałe państewko bez funduszy (KPO) i poczucia bezpieczeństwa (imigranci Łukaszenki, groźby Putina wobec Polski), zaś Ameryka tylko w nas, ewentualnie nieco w Rumunii, może znaleźć lotnisko dla swoich wpływów odsuwających uściski Berlina i Moskwy. Interesy amerykańskie w Europie najbardziej pokrywają się z naszymi, a co tam w reszcie świata – pozostawmy reszcie świata.

Jakub Maciejewski

Źródło

About Post Author

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

WP2Social Auto Publish Powered By : XYZScripts.com