Bruksela uderza w gruziński nadajnik Kremla. Imedi pod unijnym obstrzałem

Parlament Europejski podjął decyzję o ograniczeniu działalności gruzińskiej telewizji Imedi na terenie Unii Europejskiej. Dla wielu ekspertów to sygnał, że Europa przestała traktować rosyjską propagandę jako „alternatywny punkt widzenia”.

Kiedy w lutym tego roku deputowani do Parlamentu Europejskiego po raz kolejny pochylili się nad listą mediów propagujących rosyjskie narracje w przestrzeni informacyjnej UE, na liście znalazła się pozycja, która zaskoczyła nawet część analityków: gruzińska telewizja Imedi. Stacja, która przez lata funkcjonowała w świadomości europejskiej opinii publicznej jako jedno z wiodących mediów na Kaukazie Południowym, została uznana za narzędzie systematycznego oddziaływania Moskwy na europejski dyskurs publiczny.

Decyzja Parlamentu Europejskiego o ograniczeniu działalności Imedi w unijnej przestrzeni informacyjnej jest czymś więcej niż tylko kolejnym administracyjnym posunięciem w ramach walki z dezinformacją. To sygnał, że europejskie instytucje zaczęły dostrzegać i nazywać po imieniu mechanizm, który Kreml doskonalił przez ostatnią dekadę: korzystanie z mediów pozornie niezależnych, zakorzeniony w krajach trzecich, jako kanałów przesyłania narracji niemożliwych do wyemitowania wprost przez RT czy Sputnik.

Maska niezależności

Imedi nie jest stacją małą ani nieznaną. Założona w latach 90., przez długi czas odgrywała ważną rolę w gruzińskim krajobrazie medialnym. Jednak od kilku lat – w szczególności od czasu zwrotu politycznego rządzącej w Tbilisi partii Gruzińskie Marzenie w kierunku Rosji – jej profil redakcyjny uległ wyraźnej zmianie. Coraz więcej materiałów powielało tezy bliskie stanowisku Kremla: kwestionowanie sensu ukraińskiego oporu, podważanie wiarygodności zachodnich instytucji, przedstawianie rozszerzenia NATO jako agresywnego projektu geopolitycznego.

Mechanizm, który tu działa, jest dobrze znany analitykom zajmującym się rosyjską propagandą, ale rzadko opisywany w detalach publicznie. Polega on na tym, że oficjalnie zablokowane w UE kanały – takie jak RT czy Sputnik – zostają zastąpione siecią mediów satelickich lub z krajów trzecich, które reprodukują te same narracje, lecz nie podlegają bezpośrednim sankcjom. Z punktu widzenia przeciętnego odbiorcy w Budapeszcie, Pradze czy Warszawie, stacja gruzińska brzmi egzotycznie i neutralnie. Nie kojarzy się z Kremlem.

„Rosja dawno przestała ograniczać się do własnych kanałów. Dziś inwestuje w lokalne i regionalne media w krajach trzecich, traktując je jako niewidoczne przekaźniki swoich przekazów. Imedi to jeden z przykładów tej strategii” – mówi analityk jednego z europejskich think tanków zajmujących się bezpieczeństwem informacyjnym.

Hybryda zamiast propagandy

Jeszcze kilka lat temu europejskie instytucje skłaniały się ku traktowaniu problemu dezinformacji przede wszystkim przez pryzmat regulacyjny – jako kwestii nieuczciwych praktyk medialnych, które można rozwiązać narzędziami z zakresu prawa mediów czy cyfrowego rynku wewnętrznego. Przyjęty w 2022 roku Akt o usługach cyfrowych (DSA) był odpowiedzią na te obawy, nakładając obowiązki przejrzystości i zwalczania dezinformacji na największe platformy internetowe.

Jednak przypadek Imedi pokazuje, że Bruksela zaczyna postrzegać zagrożenie w znacznie szerszej perspektywie – jako element rosyjskiej wojny hybrydowej, a nie tylko problem regulacyjny. To zmiana paradygmatu. Propaganda nie jest „alternatywną opinią”. To narzędzie destabilizacji, które może wpływać na wybory, polaryzować społeczeństwa i podważać zaufanie do instytucji demokratycznych.

Takie podejście ma swoje konsekwencje praktyczne. Oznacza, że instytucje europejskie są gotowe sięgać po środki dotychczas zarezerwowane dla zagrożeń bezpieczeństwa, a nie tylko regulacji medialnych. Jednocześnie rodzi poważne pytania o granicę między walką z propagandą a ograniczaniem wolności słowa – pytania, na które europejski system prawny nie wypracował jeszcze ostatecznych odpowiedzi.

CO TO JEST IMEDI I DLACZEGO WZBUDZA KONTROWERSJE

  • Gruzińska telewizja Imedi działa od lat 90. i należy do największych nadawców na Kaukazie Południowym.
  • Od kilku lat jej przekaz redakcyjny coraz bardziej zbliżał się do narracji korzystnych dla Moskwy.
  • Stacja emituje treści dostępne za pośrednictwem platform streamingowych i sieci satelitarnych obecnych na terenie UE.
  • Według unijnych analityków, Imedi była jednym z kanałów dystrybucji przekazów dezinformacyjnych podczas protestów w Gruzji w 2023 i 2024 roku.
  • Parlament Europejski wezwał do ograniczenia jej zasięgu w unijnej przestrzeni informacyjnej jako środka ostrożności w ramach walki z dezinformacją.

Lustrzane odbicia i anonimowe sieci

Ograniczenie działalności Imedi w przestrzeni UE to jednak tylko jeden element szerszego obrazu. Eksperci ds. dezinformacji od dawna ostrzegają, że każde zablokowanie konkretnego kanału natychmiast skutkuje pojawieniem się jego lustrzanych kopii w internecie, nowych kont na platformach społecznościowych lub skoordynowanych sieci na Telegramie. Rosyjska machina informacyjna jest elastyczna i odporna na pojedyncze interwencje.

– Blokada RT czy Sputnika po 2022 roku była ważna symbolicznie i realnie ograniczyła ich zasięg w UE, ale nie zatrzymała przepływu dezinformacji. Treści i tak trafiały do europejskich użytkowników przez grupy na Telegramie, strony kopiujące artykuły z zablokowanych źródeł albo przez media krajów trzecich, takich jak właśnie Imedi – wyjaśnia ekspertka ds. bezpieczeństwa informacyjnego z Warszawy, która na co dzień monitoruje rosyjskie kampanie dezinformacyjne.

Tym, co odróżnia obecną fazę rosyjskiej strategii informacyjnej od jej wcześniejszych wersji, jest właśnie ta adaptacyjność. Kreml wyciągnął wnioski z zablokowania RT i Sputnika. Dziś inwestuje w sieci pośredniczące, lokalne media w krajach o słabszym systemie regulacyjnym oraz w płatne sieci wpływu na platformach takich jak TikTok, YouTube czy Instagram. Imedi wpisuje się w tę logikę jako ogniwo łańcucha, które pozwala transmitować określone narracje bez bezpośredniego narażania się na sankcje.

Kreml już odpowiedział: to cenzura

Reakcja na decyzję Parlamentu Europejskiego ze strony rosyjskich mediów państwowych i prorosyjskich środowisk była natychmiastowa i przewidywalna: Europa cenzuruje wolne media. Narracja o „zachodniej cenzurze” i „utiskiwaniu wolności słowa” pojawiła się na RT International, w kanałach Sputnika na Telegramie oraz w materiałach dystrybuowanych przez sieć prorosyjskich kont na platformach społecznościowych.

– To jest mechanizm doskonale znany. Ilekroć Europa podejmuje działania przeciwko propagandzie, Kreml natychmiast to wykorzystuje jako dowód na rzekomy autorytaryzm Zachodu. Jest to cyniczna, ale skuteczna technika – mówi Tomasz Wierzbicki, analityk warszawskiego Instytutu Studiów Wschodnich. – Odpowiedzią nie może być rezygnacja z działania, ale musi jej towarzyszyć jasne i głośne komunikowanie powodów tych decyzji: że nie chodzi o poglądy polityczne, lecz o skoordynowane kampanie dezinformacyjne finansowane przez obce państwo.

Autor: Franciszek Kozłowski

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

[ngd-single-post-view id="post_id"]
WP2Social Auto Publish Powered By : XYZScripts.com