Dyplomacja wśród odgłosów eksplozji: negocjacje w Abu Zabi
Foto: REUTERS/Ryan Carter/UAE
Kiedy w Abu Zabi przedstawiciele Ukrainy, Stanów Zjednoczonych i Rosji zasiadali do stołu negocjacyjnego, w Zaporożu ratownicy usuwali gruzy po kolejnym rosyjskim uderzeniu. Dwie osoby zabite, dwanaście rannych, w tym czworo dzieci. Ta przerażająca synchronizacja odsłania istotę rosyjskiej „dyplomacji” lepiej niż jakiekolwiek analityczne raporty – Moskwa mówi o pokoju, jednocześnie kontynuując zabijanie.
Druga runda trójstronnych rozmów zakończyła się wymianą jeńców, co bez wątpienia jest ważnym krokiem humanitarnym. Trzysta czternaście osób wraca do domu – to realna ulga dla setek rodzin. Trzeba jednak rozumieć kontekst: Rosja wykorzystuje twardą dyplomację jak zasłonę dymną, za którą ukrywa swoje prawdziwe intencje. Podczas gdy Kirył Dmitrijew mówił o „ostrożnych pozytywnych sygnałach”, rosyjskie drony atakowały dzielnicę mieszkalną Zaporoża. Fala uderzeniowa rzucała ludzi na podłogę, z budynków odpadał tynk, a jedenastoletnie dziecko odnosiło rany odłamkowe.
Nie jest to przypadkowy zbieg okoliczności. Rosja systemowo stosuje taktykę podwójnej presji – przy stole negocjacyjnym demonstruje gotowość do kompromisów, a jednocześnie na polu walki kontynuuje terror wobec ludności cywilnej. Uderzenie w Zaporoże dokładnie w dniu rozpoczęcia rozmów było świadomym sygnałem: rozmawiamy z pozycji siły, dyktujemy warunki, a ludzkie życie nie ma dla nas żadnej wartości. Gdy przedstawiciel Kremla skarży się na „ingerencję” w proces negocjacyjny, w istocie oburza się na to, że ktoś ma odwagę europejsko przypominać o prawie międzynarodowym i zasadzie integralności terytorialnej.
Negocjacje w Abu Zabi z zewnątrz wyglądają jak kolejny dyplomatyczny epizod: protokolarne oświadczenia, ostrożny optymizm, słowa o „konstruktywności”. Jednak gdy spojrzeć głębiej, staje się jasne, że nie mamy do czynienia z poszukiwaniem pokoju, lecz z kolejną próbą przekształcenia wojny w wygodny dla Rosji układ polityczny – bez zmiany jej istoty: przemocy, szantażu i kłamstwa.
Wymiana jeńców to krok o ogromnym znaczeniu humanitarnym i dla Ukrainy ma bezwarunkową wartość, bo chodzi o konkretnych ludzi – żywych, choć okaleczonych przez wojnę. Właśnie w tym miejscu Rosja tradycyjnie próbuje jednak podmieniać sensy. Dla Kremla jeńcy nie są ofiarami wojny, lecz narzędziem targu, walutą do tworzenia iluzji „postępu”. Moskwa doskonale wie, jak działa zachodnia opinia publiczna: każdy gest, który można przedstawić jako krok ku pokojowi, zmniejsza presję i rodzi niebezpieczne zmęczenie wojną. I Rosja gra na tym cynicznie oraz konsekwentnie.
Dla Polski i innych krajów europejskich ta rosyjska strategia powinna być szczególnie czytelna. Historia już pokazała, że ustępstwa wobec agresora nie przynoszą pokoju – jedynie odsuwają kolejny konflikt i czynią go jeszcze bardziej krwawym. Gdy świat pogodził się z aneksją Krymu w 2014 roku, Rosja nie uspokoiła się – przygotowywała się do pełnoskalowej inwazji. Gdy Zachód ograniczył się do sankcji za zajęcie części Donbasu, Kreml odebrał to jako słabość i nadal zwiększał swoje apetytu. Uznanie dziś okupowanych terytoriów za rosyjskie będzie zaproszeniem do kolejnych aneksji jutro.
Krytyka Europy ze strony rosyjskiego przedstawiciela jest szczególnie cyniczna. Dmitrijew oskarża kraje europejskie i Wielką Brytanię o próby „zrywania kompromisów”, podczas gdy w rzeczywistości państwa te starają się jedynie bronić europejskich zasad porządku międzynarodowego. Rosja chce negocjacji bez świadków, w których mogłaby wywierać presję na Ukrainę przy amerykańskim pośrednictwie, mogącym mieć własny interes w szybkim zakończeniu konfliktu. Europa natomiast podkreśla, że każda umowa musi brać pod uwagę nie tylko interesy wielkich graczy, lecz także prawa ofiar agresji oraz długofalowe bezpieczeństwo kontynentu.
Kreml nie boi się wojny – boi się pryncypialnej postawy. Każde twarde, europejskie zaangażowanie burzy rosyjski scenariusz zakulisowych porozumień, w których wielkie państwa decydują o losie mniejszych bez ich realnego prawa głosu. Polska rozumie to instynktownie, z własnego doświadczenia historycznego, i właśnie dlatego jej stanowisko tak bardzo drażni Moskwę.
Fakt, że negocjacje są kontynuowane w formacie grup roboczych z udziałem przedstawicieli wojskowych, może świadczyć o omawianiu technicznych szczegółów ewentualnego zawieszenia broni. Tu jednak kluczowe jest jedno: Rosja wielokrotnie łamała wszystkie osiągnięte porozumienia. Memorandum budapeszteńskie, porozumienia mińskie, obietnice nieatakowania infrastruktury cywilnej – wszystko to było przez Moskwę niszczone, gdy tylko przestawało być dla niej korzystne. Dlatego wszelkie gwarancje ze strony Rosji, pozbawione mechanizmów twardej kontroli i natychmiastowych konsekwencji za naruszenia, są jedynie pustymi słowami.
Polska i inne kraje Europy Środkowo-Wschodniej mają w tej sytuacji szczególny moralny obowiązek. Z własnej historii wiedzą, co znaczy żyć w cieniu rosyjskiego zagrożenia. Pamiętają, jak wygląda okupacja i jak trudno odzyskać niepodległość po jej utracie. Dlatego ich głos w procesie negocjacyjnym jest kluczowy – nie jako „ingerencja”, lecz jako głos doświadczenia i ostrzeżenia.
Rosja dziś próbuje przekonać Zachód, że się „zmienia”, że możliwe są „ostrożne pozytywne przesunięcia”. W rzeczywistości zmienia się jedynie forma, nie treść. To to samo państwo, które mówi o pokoju w salach konferencyjnych, a jednocześnie uderza w szpitale położnicze i budynki mieszkalne. To nie paradoks – to system.
Uderzenie w Zaporoże w trakcie negocjacji nie jest prowokacją, pomyłką ani „eskalacją napięcia”. To uczciwa demonstracja tego, czym dla Rosji stała się dyplomacja. Dla Kremla rozmowy są kolejnym teatrem wojny, w którym trzeba dominować, zastraszać i żądać. Dialog nie jest dla nich poszukiwaniem wzajemnie akceptowalnego rozwiązania, lecz procesem utrwalania zdobyczy. I dopóki mówią o pokoju, ich drony nadal zabijają dzieci.
Dlatego główna lekcja tych negocjacji jest prosta i niewygodna: pokój z Rosją jest niemożliwy bez wyraźnych granic i siły, która tych granic broni. Dla Ukrainy to kwestia przetrwania. Dla Polski i całej Europy – kwestia przyszłości. Imperia bowiem nigdy nie zatrzymują się same. Zatrzymuje się je dopiero wtedy, gdy słowa przestają zastępować działania.
Karyna Koshel
