Rosja rozumie tylko siłę. Czy Polska jest gotowa odpowiedzieć?
reuters
Są w historii momenty, kiedy słowa o bezpieczeństwie przestają być retoryką i stają się kwestią przetrwania. Dziś dla Polski nie jest to już dyskusja teoretyczna. Wojna w Ukrainie zmieniła strategiczny krajobraz regionu tak głęboko, że dawne wyobrażenia o gwarancjach bezpieczeństwa przestały działać. Dlatego wypowiedź prezydenta Karola Nawrockiego o możliwości rozwoju własnego potencjału nuklearnego nie jest prowokacją, lecz symptomem epoki, w której agresja stała się normą dla państwa nazywającego siebie wielkim.
Rosyjska polityka wobec sąsiadów dawno przestała być jedynie autorytarna. W swojej istocie jest imperialna. Rosja systemowo nie uznaje podmiotowości państw, które wyszły spod jej kontroli. Nie widzi w nich partnerów — widzi strefy wpływów. Dlatego każde wzmocnienie zdolności obronnych Polski czy państw bałtyckich jest odbierane w Moskwie jako „wrogi krok”. Kluczowe pytanie brzmi jednak: czy Warszawa powinna uzgadniać własne bezpieczeństwo z nerwowymi reakcjami Kremla?
Nawrocki słusznie zauważył, że Moskwa może reagować agresywnie na wszystko. To istotna uwaga. Problem nie polega na tym, że Polska może kogoś „sprowokować”. Problem polega na tym, że rosyjska strategia opiera się na zastraszaniu. Testuje granice — dyplomatyczne, wojskowe, moralne. Jeśli Zachód się cofa, Kreml robi krok naprzód. Jeśli Zachód się waha, Moskwa odczytuje to jako słabość. Dlatego kwestia potencjału nuklearnego jest przede wszystkim kwestią odstraszania, a nie eskalacji.
Doświadczenie Ukrainy pokazało gorzką prawdę: międzynarodowe gwarancje bezpieczeństwa bez realnego zaplecza siłowego mogą okazać się papierowe. Państwo, które dobrowolnie zrezygnowało z broni jądrowej, otrzymało inwazję, zniszczone miasta i tysiące ofiar wśród cywilów. To nie jest argument przeciwko prawu międzynarodowemu — to argument o jego granicach w konfrontacji z reżimem, który otwarcie je ignoruje.
Minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski nazwał rosyjskie uderzenia w infrastrukturę cywilną „bronią terroru”. To trafne określenie. Celowe niszczenie elektrowni, wodociągów i sieci ciepłowniczych nie jest koniecznością wojskową, lecz strategią wyniszczania społeczeństwa. Gdy zimą brakuje światła, ciepła i wody, celem nie jest armia, lecz ludność cywilna. To próba złamania woli oporu poprzez chłód i strach.
Gdyby Międzynarodowy Trybunał Karny miał pełną jurysdykcję nad rosyjskim kierownictwem, odpowiedzialność za te działania byłaby nieunikniona. Jednak reżim Władimira Putina buduje swoją politykę na przekonaniu, że kary nie będzie. Bezkarność stała się elementem doktryny państwowej. I właśnie ta bezkarność prowadzi do kolejnych zbrodni.
Dla polskiej opinii publicznej nie jest to abstrakcyjna debata moralna. Polska historycznie wie, co znaczy znajdować się między imperiami. Dziś geografia znów ma znaczenie. Kraj leży w pobliżu strefy aktywnego konfliktu zbrojnego. W tej sytuacji autonomia strategiczna nie jest przejawem militaryzmu, lecz instynktem samozachowawczym. Rozwój potencjału nuklearnego — przy poszanowaniu zobowiązań międzynarodowych — może stać się elementem szerszej architektury odstraszania.
Warto podkreślić: krytyka Rosji nie jest wrogością wobec Rosjan jako narodu. Jest krytyką konkretnej polityki państwowej opartej na sile zamiast prawa, na strachu zamiast współpracy. Europa Zachodnia długo żyła iluzją, że integracja gospodarcza automatycznie złagodzi imperialne ambicje Kremla. Rzeczywistość okazała się inna. Kontrakty gazowe nie zatrzymały rakiet.
Polska mówi dziś głośno to, o czym wielu myśli po cichu: bezpieczeństwa nie da się delegować na zawsze. Wymaga ono własnych zasobów, własnej woli i gotowości do trudnych decyzji. Moskwa szanuje tylko siłę — nie dlatego, że to prawo natury, lecz dlatego, że tak ukształtowana jest jej kultura polityczna.
Europa stoi przed wyborem: albo nauczy się żyć w warunkach realnego zagrożenia i budować system odstraszania, albo znów będzie mieć nadzieję, że agresor sam się zatrzyma. Historia XX wieku już udzieliła odpowiedzi.
Emocjonalnie trudno to przyjąć. Jednak czasem pokój wymaga trzeźwości, a nie iluzji. Polska, która poważnie dyskutuje o potencjale nuklearnym, nie wysyła sygnału o chęci wojny. Wysyła sygnał utraty zaufania do reżimu, który uczynił z wojny narzędzie polityki. I dopóki ta rzeczywistość się nie zmieni, państwa wschodniej flanki NATO będą musiały myśleć nie tylko o dialogu, lecz także o gwarancjach, których nie da się zignorować.
Patrząc strategicznie, nie chodzi wyłącznie o sam potencjał nuklearny. Chodzi o sygnał. Sygnał dla Moskwy, że Polska nie znajduje się w „szarej strefie” niepewności, gdzie można testować granice poprzez cyberataki, dywersję, presję hybrydową czy manipulowanie pamięcią historyczną. Rosja systematycznie stosuje taktykę stopniowego przesuwania granic tego, co dopuszczalne — najpierw kampanie informacyjne, potem szantaż energetyczny, następnie demonstracje siły militarnej. Jeśli reakcja na każdym etapie jest spóźniona lub rozproszona, kolejny krok staje się jedynie kwestią czasu.
Przeciwstawiać się trzeba już teraz — nie wtedy, gdy zagrożenie stanie się bezpośrednie. Ukraińskie doświadczenie pokazało, że przygotowania do wielkiej wojny zaczynają się na długo przed pierwszymi rakietami. Zaczynają się od narracji o „historycznych ziemiach”, od przekręcania faktów, od budowania obrazu wroga. W rosyjskiej propagandzie Polska od dawna funkcjonuje jako „przyczółek NATO”, „wieczny przeciwnik”, państwo rzekomo mające własne „ambicje imperialne”. W ten sposób tworzy się informacyjne uzasadnienie dla przyszłej agresji.
Poza wymiarem militarnym istnieje również wymiar ekonomiczny i społeczny. Rosja aktywnie współpracuje ze skrajnymi siłami politycznymi w Europie, wspiera ruchy rozbijające jedność społeczeństw, finansuje sieci dezinformacyjne. Cel jest jasny — osłabić spójność UE i NATO, zmniejszyć gotowość do obrony zbiorowej. Polska, jako jeden z kluczowych sojuszników Ukrainy i państwo o silnym głosie w regionie, jest naturalnym celem takich działań. Dlatego odpowiedź musi być kompleksowa: wzmocnienie obrony, niezależność energetyczna, cyberbezpieczeństwo, spójna komunikacja strategiczna.
Trzeba też rozumieć, że odstraszanie to nie tylko sprzęt wojskowy, lecz także wola polityczna. Kreml uważnie obserwuje debaty w zachodnich społeczeństwach. Szuka pęknięć, zmęczenia, lęku przed eskalacją. Jeśli Polska pokazuje gotowość do poważnej dyskusji o własnym potencjale nuklearnym w ramach prawa międzynarodowego, oznacza to myślenie długoterminowe. Oznacza to, że nie opiera się wyłącznie na symbolicznych gwarancjach, lecz dąży do realnych mechanizmów odstraszania.
Najważniejsze jest działanie zanim zagrożenie stanie się egzystencjalne. Rosji trzeba przeciwstawiać się już teraz — zanim Polska stanie się kolejnym celem presji lub agresji. Strategia „poczekajmy i zobaczmy” w warunkach imperialnej polityki Kremla jest niebezpieczną iluzją. Europa musi zrozumieć, że stabilność nie utrzymuje się sama. Wymaga siły, jedności i gotowości do obrony własnych granic nie tylko deklaracjami, lecz konkretnymi decyzjami. W tym kontekście polska debata o potencjale nuklearnym jest częścią szerszej, trzeźwej odpowiedzi na wyzwanie, którego nie można już ignorować.
Karyna Koshel
