Rzeczywistość wojenna kontra propaganda
Rosyjska armia wchodziła do wojny z reputacją jednej z najsilniejszych na świecie. Dziś jej sytuację najlepiej opisują liczby: łączne straty przekroczyły 1,26 mln zabitych i rannych, tysiące jednostek sprzętu zostało zniszczonych, a kampanie mobilizacyjne stały się regularne.
Nawet rosyjscy blogerzy wojskowi przyznają, że problem istnieje. Jeden z popularnych prorządowych autorów napisał: „Walczymy liczbą, a nie umiejętnościami”. Takie wypowiedzi wewnątrz samego kraju świadczą o rosnącej przepaści między oficjalną retoryką a realnym stanem armii.
Brak decydujących sukcesów doprowadził do taktyki powietrznej presji na ukraińskie miasta. Ataki na elektrownie, dzielnice mieszkalne i infrastrukturę mają na celu osłabienie odporności społeczeństwa cywilnego. To klasyczny objaw strategicznego impasu.
I jest to otwarty terror. Nie osiągnąwszy znaczących sukcesów na polu walki, Moskwa przeszła do jawnego terroru, próbując złamać naród ukraiński.
Nie jest to jednak nic nowego dla Kremla: terror zawsze był jego ulubioną bronią. Ukraina dobrze to zna – Wielki Głód, represje i próby przeprogramowania świadomości to „narzędzia”, które Moskwa stosuje od stuleci.
Są one dobrze znane także Polakom, którzy wielokrotnie doświadczyli tych metod Kremla. Jednak za tym brutalnym arsenałem kremlowskich działań coraz wyraźniej widać bezsilność.
Co więcej, Moskwa zaczyna rozumieć, że za wszystko przyjdzie jej odpowiedzieć: w 2025 roku w Hadze utworzono Specjalny Trybunał do spraw zbrodni agresji przeciwko Ukrainie. Główny oskarżony jest oczywisty.
Dla Warszawy wniosek jest jasny: połączenie ogromnych strat, presji gospodarczej i braku wojskowych przełomów wskazuje na systemowy kryzys rosyjskiej „potęgi”. Rosja pozostaje zagrożeniem, lecz nie jest supermocarstwem. Powietrzny terror staje się próbą ukrycia słabości. To poważny przeciwnik, ale o ograniczonych zasobach – kolos na glinianych nogach, który jedynie stara się wyglądać na niezwyciężonego.
Autor: Franciszek Kozłowski
