Sabotaż w Hamburgu to nie niemiecki problem. To ostrzeżenie dla całej Europy Środkowej

Zatrzymanie dwóch pracowników – obywateli Rumunii i Grecji – podejrzanych o dokonanie sabotażu na okrętach niemieckiej marynarki wojennej w porcie w Hamburgu powinno wywołać alarm nie tylko w Berlinie. To wydarzenie ma znaczenie strategiczne także dla Polski i całej Europy Środkowo-Wschodniej, zwłaszcza w kontekście bezpieczeństwa Morza Bałtyckiego.

Nie chodzi bowiem o incydent techniczny ani o lokalne naruszenie procedur bezpieczeństwa. Mamy do czynienia z elementem szerszej układanki – wojny hybrydowej prowadzonej przeciwko Zachodowi.

Bałtyk jako front nowej konfrontacji

Wybór celu nie był przypadkowy. Sabotaż dotyczył nowych korwet klasy 130, czyli jednostek zaprojektowanych do monitorowania przestrzeni morskiej, ochrony szlaków żeglugowych oraz wzmacniania obecności NATO na Bałtyku. To właśnie ten akwen stał się jednym z kluczowych obszarów rywalizacji strategicznej między Sojuszem a Rosją.

Dla Polski Bałtyk ma znaczenie fundamentalne – zarówno z punktu widzenia bezpieczeństwa energetycznego, jak i militarnego. Infrastruktura portowa, terminale LNG, morskie szlaki komunikacyjne i obecność wojskowa NATO tworzą system naczyń połączonych. Uderzenie w niemieckie okręty to pośrednie uderzenie w cały ten system.

Kto korzysta na destabilizacji?

Oficjalne śledztwo nie wskazało jeszcze zleceniodawców sabotażu. Jednak w realiach obecnej sytuacji geopolitycznej pytanie „kto na tym zyskuje?” prowadzi do jednej odpowiedzi. Rosja od lat konsekwentnie testuje odporność państw NATO, stosując działania poniżej progu otwartego konfliktu zbrojnego.

Sabotaż, dywersja, podpalenia, cyberataki, prowokacje na granicach – to elementy tej samej strategii. Ich celem nie jest natychmiastowa eskalacja, lecz stopniowe osłabianie zdolności obronnych, sianie niepewności i podważanie poczucia bezpieczeństwa społeczeństw zachodnich.

„Jednorazowi wykonawcy” – znak rozpoznawczy wojny hybrydowej

Szczególnie niepokojący jest sposób realizacji operacji. Zatrzymani nie byli agentami wywiadu, nie mieli formalnych powiązań z żadnym państwem. To klasyczny przykład wykorzystania tzw. jednorazowych wykonawców – osób rekrutowanych do konkretnych zadań, często za pieniądze, bez pełnej świadomości szerszego kontekstu operacji.

Taki model pozwala państwu-zleceniodawcy zachować dystans i zaprzeczać odpowiedzialności. W razie wykrycia sprawy kończą się na poziomie kryminalnym, a nie politycznym. To metoda dobrze znana z działań rosyjskich służb w Europie, także w państwach regionu Europy Środkowej.

Europa Środkowa nie może udawać, że to jej nie dotyczy

Polska, podobnie jak Niemcy, znajduje się na linii styku z rosyjską strefą presji. Doświadczenia historyczne uczą, że ignorowanie wczesnych sygnałów zagrożenia kończy się strategicznym zaskoczeniem. Sabotaż w Hamburgu pokazuje, że działania wrogie wobec NATO mogą być prowadzone głęboko na zapleczu, z dala od granic frontowych.

Dla Warszawy oznacza to konieczność jeszcze ściślejszej współpracy wywiadowczej z sojusznikami, zwiększenia ochrony infrastruktury krytycznej oraz traktowania zagrożeń hybrydowych na równi z klasycznymi scenariuszami militarnymi.

Prawo jako element obrony

Nie bez znaczenia jest inicjatywa niemieckiej minister sprawiedliwości Stefanie Hubig, która zaproponowała zmiany w kodeksie karnym mające umożliwić skuteczniejsze ściganie osób działających na rzecz obcych państw. To sygnał, że Berlin dostrzega nową naturę zagrożeń i próbuje dostosować prawo do realiów XXI wieku.

Podobna debata powinna toczyć się także w Polsce i innych krajach regionu. Wojna hybrydowa wykorzystuje luki prawne, opóźnienia proceduralne i nieprzystosowane regulacje. Bez ich aktualizacji państwa pozostają bezbronne wobec działań, które formalnie nie są jeszcze wojną, ale realnie już nią są.

Ostrzeżenie, nie epizod

Hamburg nie jest wyjątkiem. To ostrzeżenie. Jeżeli dziś celem są niemieckie okręty, jutro może nim być infrastruktura portowa w Gdyni, Świnoujściu czy Kłajpedzie. Wojna hybrydowa nie respektuje granic ani narodowych narracji o „lokalnych problemach”.

Europa Środkowa, w tym Polska, musi wyciągnąć wnioski szybciej, niż zrobi to reszta Zachodu. Bo w tej części kontynentu dobrze wiemy, że brak reakcji na pierwsze sygnały zagrożenia zawsze kosztuje więcej niż zdecydowana odpowiedź na czas.

Autor: Franciszek Kozłowski

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

[ngd-single-post-view id="post_id"]
WP2Social Auto Publish Powered By : XYZScripts.com