To pozwoliłoby Tuskowi nie oglądać się na weta Nawrockiego. Ale liczby nie kłamią
Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.pl
Zwycięstwo Karola Nawrockiego w wyborach prezydenckich pokrzyżowało plany Koalicji 15 października. Ostatnie próby odrzucenia wet spełzły na niczym. Jedyną możliwością dla obozu rządzącego byłoby w tej sytuacji uzyskanie co najmniej 276 mandatów w wyborach parlamentarnych w 2027 roku. – Nie ma najmniejszej szansy – komentuje w rozmowie z Gazeta.pl politolog dr Maciej Onasz z Uniwersytetu Łódzkiego.
Na początku grudnia prezydent Karol Nawrocki zdecydował się zawetować tzw. ustawę łańcuchową, która zakładała m.in. zakaz trzymania psów na uwięzi i określała minimalne wymiary kojców. – Proponowane normy kojców dla psów były kompletnie nierealne. Kojce wielkości miejskich kawalerek to absurd, który uderzałby w rolników, hodowców i zwykłe wiejskie gospodarstwa. To prawo było oderwane od rzeczywistości – tłumaczył prezydent. – Martwe prawo jest gorsze niż brak prawa. Nie będę sankcjonował przepisów, których nie da się wykonać, a państwo nie da rady ich egzekwować – dodał.
Sejm próbował odrzucić prezydenckie weto. Potrzeba do tego 3/5 głosów w obecności co najmniej połowy ustawowej liczby posłów. Zakładając, że w posiedzeniu biorą udział wszyscy, oznacza to minimum 276 głosów. Ostatecznie w połowie grudnia za odrzuceniem weta zagłosowało246 posłów, a przeciwko było 192. W głosowaniu nie brało udziału 22 posłów. Weta nie udało się odrzucić. Wcześniej obecnej koalicji rządzącej nie powiodła się także próba odrzucenia weta Karola Nawrockiego ws. ustawy o kryptowalutach. Głosowało łącznie 435 posłów, 243 z nich było za odrzuceniem, przeciwnych było 192. Obozowi rządzącemu i w tym wypadku zabrakło głosów.
Do tej pory Karol Nawrocki zawetował już ponad 20 ustaw.
– Faktycznie, obecna koalicja rządząca ma dosyć poważny problem z Karolem Nawrockim. Prezydent nie szuka porozumienia i wetuje. Zresztą, widać po liczniku, że prześcignął już w liczbie wet prezydenta Andrzeja Dudę – komentuje w rozmowie z Gazeta.pl politolog dr Maciej Onasz z Uniwersytetu Łódzkiego.
– Andrzeja Dudy nie zarzucano ustawami dotyczącymi np. związków partnerskich, prawa przerywania ciąży, takimi, które budziły dużo emocji i które prezydent by potem wetował. Konsekwencje takiego braku działań obóz rządzący odczuł w wynikach wyborów prezydenckich w ubiegłym roku – dodaje ekspert.
Koalicjanci liczyli bowiem na to, że prezydentem zostanie Rafał Trzaskowski, który będzie podpisywał najważniejsze ustawy, dlatego wstrzymywali się z niektórymi reformami. A stało się inaczej.
Borys Budka w 2021 r. o „Koalicji 276”
O tym, że Platforma Obywatelska, dziś Koalicja Obywatelska, miała ambicje zdobycia w Sejmie większości z co najmniej 276 głosami, umożliwiającej odrzucanie wet, chyba nikt już nie pamięta. A takie plany ogłaszał w lutym 2021 r., jeszcze za rządów PiS, ówczesny szef PO Borys Budka, nazywając projekt „Koalicją 276”, i zachęcając ówczesne opozycyjne ugrupowania do zjednoczenia przed wyborami w 2023 r.
– Liczby nie kłamią, już dzisiaj jesteśmy w stanie wspólnie wygrać z nimi. Spójrzcie na słupki, które pokazują, jakie poparcie ma opozycja. Te liczby przekładają się na kolejne mandaty, 271, 274. Już teraz, gdyby odbyły się wybory, to opozycja miałaby większość, ale to nie wystarczy
– mówił przed pięcioma laty Borys Budka.
– Nawet najlepsze pomysły nie będą mogły być zrealizowane, jeżeli w Pałacu Prezydenckim będzie zasiadał główny hamulcowy tych zmian. (…) Już teraz mówimy o tej liczbie 276, to jest liczba posłów, która jest potrzebna do obalenia prezydenckiego weta – mówił.
„Obecna koalicja nie ma najmniejszej szansy”
Dr Maciej Onasz nie ma wątpliwości: taki scenariusz jest nierealny. – Ta poprzeczka, którą zawiesiliśmy w referendum dotyczącym konstytucji z 1997 r., znajduje się bardzo wysoko. Przy dzisiejszym poziomie poparcia, który sięga, biorąc pod uwagę zdecydowanych wyborców, niekiedy ok. 51 proc., obecna koalicja rządząca nie ma najmniejszej szansy, by nawet zbliżyć się do większości pozwalającej na odrzucenie weta – zaznacza politolog z Uniwersytetu Łódzkiego.
Wystarczy zerknąć chociażby na jedną z symulacji przygotowanych przez dr. Onasza na podstawie sondażu United Surveys dla wp.pl. Wynika z niej, że PiS mógłby wprowadzić do Sejmu 153 posłów, KO – 178, Nowa Lewica – 28, Konfederacja – 53, a Konfederacja Korony Polskiej Grzegorza Brauna – 48. Marzeniem w tej sytuacji dla Koalicji 15 października byłoby osiągnięcie 231 głosów w Sejmie, nie mówiąc już o 276.
Z kolei w sondażu IBRiS dla „Rzeczpospolitej” PiS ma 159 posłów, KO – 179, Nowa Lewica – 26, Konfederacja – 57, a Konfederacja Korony Polskiej Grzegorza Brauna – 39. Sytuacji obozu rządzącego mogłaby nie polepszyć też wspólna lista w wyborach w 2027 r. Co prawda przy metodzie D’Hondta teoretycznie poszczególne komitety mogą wypaść lepiej, jeśli startują razem, niż osobno, ale przy założeniu, że przy wspólnym starcie nie straciłyby głosów.
– A praktyka pokazuje, że elektoraty się nie sumują. Część zwolenników Nowej Lewicy nie będzie chciała głosować na listę, z której kandydowaliby działacze PSL, i odwrotnie. Tacy wyborcy albo nie zagłosują w ogóle, albo zagłosują na inny komitet – komentuje dr Maciej Onasz.
Ekspert: Głos w Elblągu waży więcej niż w Warszawie
Poza tym, trudno jest w ogóle oszacować, jakie wyniki teoretycznie byłyby konieczne do uzyskania co najmniej 276 mandatów przez poszczególne komitety. – To zależy od tego, jakie będzie rozłożenie poparcia między poszczególnymi podmiotami oraz to, jaka będzie sytuacja po drugiej stronie – potwierdza nasz rozmówca.
– Podam przykład. Robiłem wyliczenia dla wyników PiS z 2019 r. w poszczególnych 41 okręgach wyborczych. PiS zdobył wtedy ok. 8 mln głosów i 235 mandatów w Sejmie. Wyobraźmy sobie, że likwidujemy karty wyborcze z głosami na PiS w każdym okręgu, tak długo, jak nie będzie to miało wpływu na liczbę mandatów tego ugrupowania. A potem wyobraźmy sobie, że robimy rzecz odwrotną: dosypujemy głosy na PiS tak długo, dopóki liczba mandatów pozostaje taka sama. Jeśli porówna się liczbę głosów w pierwszym i drugim modelu, wychodzi nam aż 2,5 mln głosów różnicy. W każdym okręgu zawsze będą głosy, których zaistnienie nie wpłynie na podział mandatów. Oczywiście zdarzają się wyjątki, ale zasadniczo tak to wygląda
– zaznacza dr Maciej Onasz. Politolog podkreśla jednocześnie, że głosy oddawane przez wyborców w Polsce nie są równe.
– Liczba mandatów przypadająca na dany okręg powinna faktycznie odzwierciedlać liczbę mieszkających na tym terenie osób, a tak nie jest. Konsekwencje są takie, że np. głos oddany w Elblągu jest wart ok. 230 proc. głosu oddanego w Warszawie. Najlepiej byłoby, gdyby podział mandatów w okręgach odbył się już po głosowaniu, kiedy wiemy, ile osób faktycznie zagłosowało. Z punktu widzenia polityków to kiepskie rozwiązanie, bo nie wiedzieliby, czy walczą w danym okręgu np. o jeden z mandat z ośmiu czy dziesięciu i nie mogliby ocenić, czy warto inwestować w kampanię. Dlatego nie spodziewam się, że sami zagłosują za takimi zmianami – mówi nam ekspert.
– Najlepszą strukturę poparcia pod kątem siły głosów w obecnym systemie ma PSL, ale partia ma niskie poparcie, więc wiele im to nie daje. Na drugim miejscu jest PiS. Najgorzej wypada KO i Nowa Lewica. Dlatego też zdarzało się w niektórych sondażach, że choć KO była na pierwszym miejscu pod względem poparcia, to PiS miał według wyliczeń więcej mandatów w Sejmie. To nie jest błąd, to efekt działania skrzywionego systemu
– wskazuje.
„Perspektywa przedłużenia władzy jest mało prawdopodobna”
Jak rozkładałyby się siły w Sejmie, jeśli wybory odbyły się w styczniu? – Jeszcze pół roku temu sytuacja była dosyć dosyć prosta. Według sondaży szans na przedłużenie rządów obecnej koalicji nie było, wszystko wskazywało na uzyskanie większości PiS-u z Konfederacją. Dzisiaj sytuacja jest o wiele bardziej skomplikowana. Cały czas perspektywa przedłużenia władzy przez koalicję 15 października jest bardzo mało prawdopodobna. Jest słaby PSL, słaba Polska 2050, relatywnie słaba Nowa Lewica. Na chwilę obecną matematycznie najbardziej prawdopodobna droga do uzbierania 231 mandatów po ewentualnych wyborach to porozumienie KO z Konfederacją – słyszymy.
Według politologa takie porozumienie byłoby możliwe. – Biorąc pod uwagę choćby przeszłość polityczną dużej części polityków Koalicji Obywatelskiej, to, skąd się wywodzą politycy z kierownictwa, to współpraca z Konfederacją nie byłaby jakimś specjalnym problemem, szczególnie z częścią „Mentzenowską” – ocenia.
– Nie ma też jasności po drugiej stronie, bo PiS z Konfederacją wspólnie są słabe, głównie dlatego, że pojawiła się Konfederacja Korony Polskiej Grzegorza Brauna. PiS nie chce wchodzić w głębsze układy z tym ugrupowaniem, głównie ze względu na narrację prorosyjską i antysemicką – podsumowuje Maciej Onasz.
Źródło: gazeta.pl
