Wycofanie wojsk USA: dlaczego Europa staje się bardziej podatna na Rosję

© EPA/STAN GILLILAND

Podczas gdy Waszyngton i Berlin spierają się o Iran, podczas gdy Trump grozi wycofaniem wojsk z Hiszpanii i Włoch, a NATO próbuje „zrozumieć decyzję” własnego największego członka — w Moskwie wszystko to jest bardzo uważnie analizowane. I zapewne z satysfakcją.

Trump ogłosił wycofanie pięciu tysięcy żołnierzy z Niemiec i zasugerował, że Hiszpania oraz Włochy mogą być następne. Oficjalne uzasadnienie — ukaranie sojuszników za niewystarczające wsparcie dla amerykańskiej wojny przeciwko Iranowi. Jednak gdy spojrzeć na liczby, skala okazuje się znacznie większa. Obecnie w Niemczech stacjonuje około 35 tysięcy amerykańskich żołnierzy — największy kontyngent USA w Europie. Trump chce powrotu mniej więcej do poziomu z 2022 roku — czyli momentu, gdy Rosja dokonała inwazji na Ukrainę i gdy zwiększona obecność USA w Europie miała konkretny sens bezpieczeństwa. Ironia nie wymaga tu nawet komentarza.

Logika Trumpa opiera się na założeniu, że Europa powinna sama płacić za swoje bezpieczeństwo. Nie jest to całkowicie bezpodstawne — europejskie państwa rzeczywiście przez lata niedofinansowywały obronność, polegając na amerykańskim parasolu. I tak, po szczycie w Hadze w 2025 roku sojusznicy zgodzili się przeznaczać 5% PKB na obronę. To realny postęp. Istnieje jednak zasadnicza różnica między zachęcaniem sojuszników do większych wydatków a publicznym grożeniem wykluczeniem Hiszpanii z NATO czy rewizją stanowiska USA wobec Falklandów tylko dlatego, że Madryt nie chciał uczestniczyć w bombardowaniu Iranu. Jedno to presja strategiczna. Drugie — szantaż, który podważa samą logikę sojuszu.

I tu zaczyna się najniebezpieczniejsza część tej historii. NATO opiera się nie tylko na uzbrojeniu i budżetach. Opiera się na zaufaniu — na przekonaniu każdego członka, że w krytycznym momencie sojusznicy przyjdą z pomocą. Gdy to zaufanie zostaje naruszone, osłabia się również efekt odstraszania. A właśnie ten efekt jest główną przeszkodą dla Rosji. Nie konkretne czołgi czy rakiety, lecz pewność, że atak na jednego członka NATO oznacza konflikt ze wszystkimi.

Rosja rozumie to lepiej niż ktokolwiek. Cała jej polityka zagraniczna ostatnich dwudziestu lat to konsekwentna praca na rzecz podziału Zachodu. Wsparcie dla eurosceptycznych partii, kampanie dezinformacyjne, szantaż energetyczny, a dziś — po prostu obserwowanie, jak Trump wykonuje część tej pracy sam, bez większego wysiłku ze strony Kremla. Trudno wyobrazić sobie lepszy scenariusz dla Moskwy niż taki, w którym amerykański prezydent publicznie poniża sojuszników i grozi osłabieniem sojuszu w trakcie największej wojny lądowej w Europie od czasów II wojny światowej.

Australijski generał Mick Ryan trafnie zauważył, że po czterech latach wojny w Ukrainie Europa wreszcie uświadomiła sobie skalę rosyjskiego zagrożenia. To prawda — i to dobra wiadomość. Ale „zrozumieć zagrożenie” i „być na nie gotowym” to dwie zupełnie różne rzeczy. Przezbrojenie wymaga czasu. Zdolności przemysłowe nie powstają w ciągu jednego cyklu budżetowego. A Rosja nie czeka — obserwuje i ocenia swoje okno możliwości.

Ci, którzy sądzą, że po Ukrainie Rosja się zatrzyma, ignorują logikę samego systemu Putina. Ten system buduje swoją legitymację na idei odzyskiwania „utraconych” terytoriów i stref wpływów. Zatrzymanie nie jest dla niego zwycięstwem — jest jedynie przerwą. Jeśli Ukraina zostanie złamana lub zamrożona na warunkach korzystnych dla Moskwy, kolejne pytanie będzie dotyczyć państw bałtyckich, Mołdawii, Polski. Nie jutro — ale w horyzoncie, który Kreml bardzo dobrze widzi.

Dlatego właśnie wycofywanie amerykańskich wojsk z Europy — nawet częściowe, nawet uzasadniane retoryką o „samodzielności sojuszników” — jest prezentem dla Moskwy. Nie dlatego, że Rosja natychmiast zaatakuje Polskę. Lecz dlatego, że każdy krok w stronę osłabienia jedności transatlantyckiej zawęża przestrzeń odstraszania i poszerza pole manewru Rosji. Kreml nie potrzebuje otwartego zwycięstwa — potrzebuje jedynie wystarczającej niepewności, by móc działać.

Rosja wielokrotnie pokazywała, że odbiera słabość jako zaproszenie. Tak było w Gruzji, tak było w 2014 roku w Ukrainie, tak było w 2022. Za każdym razem eskalację poprzedzał okres niepewności, wahań i braku zdecydowania po stronie Zachodu. I za każdym razem Moskwa dochodziła do wniosku, że ryzyko się opłaca. Dziś sytuacja niebezpiecznie przypomina tamte momenty.

W efekcie wszystkie te procesy — spory wokół Iranu, presja na sojuszników, zapowiedzi wycofywania wojsk, dyskusje o kompromisach z Rosją — układają się w jeden trend. Trend stopniowego rozmywania jedności Zachodu. I właśnie ten trend jest największym strategicznym sukcesem Kremla jeszcze zanim zapadną jakiekolwiek rozstrzygnięcia na polu bitwy.

Nie oznacza to, że wojna jest przegrana ani że Europa jest bezbronna. Oznacza to jednak, że główne ryzyko przesuwa się gdzie indziej. Już nie tylko na front w Ukrainie, lecz w sferę decyzji politycznych, zaufania między sojusznikami i gotowości do ponoszenia odpowiedzialności. Rosja nie musi wygrać militarnie, jeśli zdoła doprowadzić do tego, że Zachód zacznie wątpić w samego siebie.

Karyna Koshel

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

[ngd-single-post-view id="post_id"]
WP2Social Auto Publish Powered By : XYZScripts.com