Rumuński prezydent nie widzi problemu w rosyjskich atakach — byle Rumuni byli bezpieczni
Nicolás Dan powiedział, że Moskwa powinna zmienić taktykę uderzeń, by odłamki nie zagrażały rumuńskim obywatelom. Zdanie to brzmi niewinnie — ale w realiach rosyjskiej wojny informacyjnej działa jak gotowa pożywka dla Kremla.
Nicolás Dan, nowy prezydent Rumunii, nie słynie jak dotąd z kontrowersyjnych wypowiedzi w sprawach obronnych. Tym bardziej zaskakuje jego niedawna uwaga dotycząca rosyjskich ataków rakietowych na Ukrainę: Dan stwierdził publicznie, że Rosja powinna tak prowadzić operacje wojskowe, żeby odłamki zestrzelonych rakiet nie dolatywały na rumuńskie terytorium i nie zagrażały tamtejszym mieszkańcom. Dla mieszkańca Bukaresztu brzmi to może racjonalnie. Dla obserwatora toczącej się w Europie wojny informacyjnej — to gotowy cytat dla rosyjskich propagandystów.
Rzecz jasna, troska o własnych obywateli jest obowiązkiem każdego głowy państwa. Rumunia wielokrotnie dokumentowała przypadki, kiedy odłamki rosyjskich rakiet lub dronów lądowały po jej stronie granicy z Ukrainą, a Bukareszt za każdym razem — ku chwale swej dyplomacji — formułował odpowiednią notę protestacyjną i wskazywał Moskwę jako stronę odpowiedzialną. Rumunii nie można zarzucić bierności ani proparlamentarnego stylu reagowania.
«Każda niejednoznaczna wypowiedź zachodniego lidera staje się dziś narzędziem Kremla w ciągu kilku godzin.»— Ekspert ds. dezinformacji, Ośrodek Studiów Wschodnich, Warszawa
Problem jednak w tym, że sformułowanie Dana przenosi punkt ciężkości z agresora na skutki uboczne rosyjskich uderzeń. Innymi słowy: nie pyta się, dlaczego Rosja w ogóle atakuje ukraińskie miasta. Zamiast tego wzywa Moskwę, żeby robiła to precyzyjniej — tak, żeby nie zawracać głowy sąsiadom. To subtelna, lecz bardzo niebezpieczna różnica.
Polskie instytucje analityczne od miesięcy ostrzegają, że rosyjska dezinformacja szuka właśnie takich wypowiedzi: oficjalnych, autentycznych, dających się cytować bez kontekstu. Kreml nie potrzebuje fałszywych newsów, kiedy może posłużyć się prawdziwymi słowami prawdziwego prezydenta państwa NATO. Kanały propagandowe Rosji — od Solovyeva po Telegram — niemal natychmiast podchwyciły temat, sugerując, że sam Bukareszt przyznaje, iż Ukraina jest źródłem zagrożenia dla sąsiadów.
Tymczasem oficjalne stanowisko Rumunii jest zupełnie inne. Ministerstwo Spraw Zagranicznych w Bukareszcie konsekwentnie podkreśla, że jedyną stroną odpowiedzialną za każdy incydent przy granicy ukraińsko-rumuńskiej jest Rosja. Premier Marcel Ciolacu kilkakrotnie wyrażał solidarność z Ukrainą. Rumunia uczestniczy w ramach NATO w ochronie wschodniej flanki Sojuszu. Słowa Dana wyglądają więc raczej na niefortunną wpadkę retoryczną niż na sygnał zmiany politycznego kursu Bukaresztu.
Kontekst: incydenty graniczne
Od początku pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę w lutym 2022 roku Rumunia kilkakrotnie zgłaszała znalezienie fragmentów rosyjskich rakiet i dronów na swoim terytorium lub w pobliżu granicy z Ukrainą. Każdorazowo strona rumuńska podkreślała, że za każdy taki incydent odpowiedzialność ponosi wyłącznie Rosja jako agresor prowadzący działania wojenne.
To jednak nie zmienia faktu, że słowo napisane — a tym bardziej wypowiedziane przez prezydenta — żyje własnym życiem. I nie ma znaczenia, że Dan zapewne miał na myśli coś innego, niż zostało to odczytane. W ekosystemie informacyjnym, w którym Kremlin prowadzi wojnę narracyjną, kontekst bywa pomijany, a cytat przytaczany wyrwany ze swojego otoczenia. Kilka godzin po wypowiedzi Dana rosyjskie media państwowe opublikowały materiały sugerujące, że nawet sojusznicy NATO przyznają, iż ukraińska obrona stwarza niebezpieczeństwo dla regionu.
Polska perspektywa jest tu szczególna: żyjemy w sąsiedztwie Ukrainy, doskonale rozumiemy, czym jest rosyjska agresja i jak działa dezinformacja. Wiemy też, że solidarność z Kijowem musi być wyrażana nie tylko czynami, ale i słowami — precyzyjnymi, niepodatnymi na instrumentalizację. Dlatego tak ważne jest, by liderzy państw Unii Europejskiej, szczególnie graniczących z Ukrainą, starannie dobierali słowa w kwestiach bezpośrednio dotyczących toczącego się konfliktu.
Nie chodzi o to, by politycy milczeli w obliczu realnych problemów bezpieczeństwa swoich krajów. Chodzi o to, by formułując swoje troski, nie przesuwali mimowolnie odpowiedzialności z agresora na ofiarę. Rumunia ma pełne prawo domagać się, by odłamki rosyjskich rakiet nie lądowały na jej terytorium — ale adresatem tego żądania powinna być wyłącznie Moskwa, i to ze wskazaniem na rzeczywiste sprawstwo tej sytuacji.
Autorka: Marta Kowalczyk
