Nawrocki marzy o nowej konstytucji. „To tak, jakbyśmy prosili o zgodę i mamę, i tatę”

Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.pl

W jedenaście minut może zdarzyć się naprawdę wiele. Nieco mniej niż jedenaście minut trwało spotkanie Andrzeja Dudy z Donaldem Trumpem. Jedenaście artykułów miała Konstytucja trzeciego maja. I przypuszczam, że mniej więcej tyle trwało wymyślanie, że potrzebujemy nowej konstytucji – pisze dla Gazeta.pl konstytucjonalista Kamil Stępniak.

Do prezydenckiego pomysłu idealnie pasuje cytat z serialu „1670” wypowiedziany przez Jana Pawła Adamczewskiego: „zapiszmy ten pomysł, żeby nam nie wyleciał i myślmy dalej”. Choć złośliwi mówią, że bardziej pasują słowa Króla Juliana z „Madagaskaru”: „teraz prędko, zanim dotrze do nas, że to bez sensu!”. Prezydent natomiast woli inne kino. Podczas swojego trzeciomajowego wystąpienia posłużył się cytatem z filmu „Psy” (co za zaskoczenie). Mówił bowiem, że będzie strażnikiem konstytucji z 1997 r. do samego końca. Swojego lub jej. Patrząc na przestrzeganie konstytucji należy się zastanawiać, które z powyższych już nastąpiło. Bo coś z tego na pewno. 

Prezydent rozpycha się w gorsecie 

Nie wiem, czy Nawrocki czytał Słonimskiego, który pisał, że „święto wymaga ostentacji”. Ale wpisał się w ten motyw. Między majówkowym rusztem obciążonym polską kiełbasą oraz mięsiwem, a napitkami, których kod kreskowy zaczyna się od 590, wrzucił do przestrzeni publicznej pomysł, aby pogmerać w konstytucji. Argument głowy państwa miał asocjacje historyczne: Konstytucja trzeciego maja przewidywała rewizję co dwadzieścia pięć lat, a ta z dziewięćdziesiątego siódmego roku ma już lat dwadzieścia dziewięć. Ładna klamra logiczna. No, może gdyby nie to, że trzeciomajowa ustawa rządowa przetrwała czternaście miesięcy. Karol Nawrocki zachował się skromnie. Nie powiedział bowiem, że chciałby być królem Polski. Nie powiedział nawet, że marzy mu się system prezydencki. Twierdził, że nie odpowie na pytanie, jaki system rządów w Polsce należałoby przyjąć. Jednak zmiana – jego zdaniem – jest potrzebna. Na mój gust, było to twierdzenie zupełnie podobne do tego, gdy wykładowca pyta studenta czy chce tróję z egzaminu, czy będzie się uczył na lepszą ocenę. Niby głupio się przyznać, ale kto by nie brał dostatecznej do indeksu?  

Analizując to, w jaki sposób Nawrocki stara się rozpychać w ustrojowym gorsecie swoich kompetencji, można zaryzykować tezę, że jeśli głowa państwa miałaby wybrać swoją ulubioną konstytucję, to byłaby to ta z kwietnia trzydziestego piątego roku. Tam bowiem prezydent ponosił najpoważniejszą z możliwych odpowiedzialności: „przed Bogiem i historią”. Chociaż osobiście nie jestem przekonany, czy model odpowiedzialności władzy publicznej umocowany w zaświatach jest najbardziej efektywny. 

Można się zgodzić z naszym prezydentem, że o zmianie konstytucji należy rozmawiać. Ta w przyszłym roku skończy trzydzieści lat. To jest sytuacja, jak w życiu człowieka. Gdy kończymy trzydziestkę, to już wiemy, w czym jesteśmy dobrzy i gdzie leżą nasze ograniczenia. Pobolewa nas kręgosłup, niekiedy strzyka w kolanach, ale jak trzeba, to jeszcze potrafimy się zebrać. I tak samo wiemy już, gdzie są mankamenty naszej ustawy zasadniczej. Jakie są słabości polskiej konstytucji 

Nawet nie chodzi o to, że dualizm egzekutywy u nas się nie sprawdza. To kwestia braku kultury. Oczywiście tej politycznej. Być może to kryzys relacji, w którym przestajemy rozmawiać z drugim człowiekiem. Nawet wtedy, gdy ma odmienne poglądy polityczne. A może przede wszystkim wtedy.  

Zatem skoro nie potrafimy rozmawiać, to może rzeczywiście konieczna jest zmiana systemu rządów? Mając na względzie nasze uwarunkowania, zapewne efektywne byłoby wzmocnienie władzy premiera. Być może system kanclerski (für Deutschland – wiadomo). Prezydenta mógłby wybierać parlament, a jego funkcje byłyby po prostu reprezentacyjne. Wtedy nie czułby się rozgoryczony, że dostał dziesięć milionów głosów, a jego najbardziej spektakularną prerogatywą jest ułaskawianie. 

Oczywiście, znajdziemy jeszcze kilka innych obszarów do zmian. Dodanie rozdziału europejskiego wraz z zabezpieczeniem procedury wyjścia Polski z Unii Europejskiej, rozdzielenie funkcji Prokuratora Generalnego od Ministra Sprawiedliwości, pełne uregulowanie prokuratury, zmiana modelu odpowiedzialności władzy państwowej czy w końcu rozwiązanie sprawy instytucji literkowych, jak TK, SN i KRS. Można by pochylić się nad kwestiami AI. Nie oszukujmy się. Po tych wszystkich marzeniach najwyżej zostanie nam stwierdzenie „ajajaj” (znów się nie udało). 

Jaki jest problem ze zmianą konstytucji 

To wszystko jednak to mrzonki. Wbrew temu, co wykrzykiwał prezydent na Placu Zamkowym w Warszawie, nie mamy obecnie w Polsce momentu konstytucyjnego. Ten można porównać zupełnie do innych momentów, które zdarzają nam się w życiu. Na przykład tych intymnych. W jednym i w drugim wypadku wszystkie znaczące siły muszą chcieć. Teraz przynajmniej połowa nie chce, a jak wiemy, w takiej sytuacji, to jest gwałt. W tym przypadku na konstytucji.Nasza nowa „ustawa zasadnicza” miałaby być aktem nowej generacji. Jednak ludzi z pokolenia „Gen Z” do rady nie zaproszono. Nie ma tam też millenialsów, pokolenia Y, ani szerokiego grona wybitnych specjalistów. Jest osoba naprawdę dobrze znająca się na przepisach – Julia Przyłębska. Profesor Ryszard Piotrowski tuż po odebraniu nominacji do rady udzielił wywiadu, w którym stwierdził, że „nie jest nam potrzebna żadna nowa konstytucja”. To dopiero wist! Pozostali? Prawdopodobnie blokowali numer z Kancelarii Prezydenta zakładając, że z takim uporem może dzwonić tylko fotowoltaika.  

Problem ze zmianą konstytucji zaczyna się jeszcze przed sporami merytorycznymi. Otóż sporny jest sam tryb jej zmiany. Przepis art. 235 Konstytucji stanowi o tym, że zmiana konstytucji następuje za pomocą „ustawy o zmianie Konstytucji”. Niby nic. Jednak znaczna część konstytucjonalistów uważa, że w ten sposób ukształtowany przepis wyklucza całkowitą zmianę Konstytucji w tym trybie. I ja takie stanowisko podzielam. Myślę, że aby zmienić naszą ustawę zasadniczą na zupełnie nową, należy najpierw w obecnej konstytucji przyjąć do tego odpowiedni tryb, a później go zastosować. Druga część prawników pozostaje na stanowisku, że przepis jest tak skonstruowany, że od razu na podstawie art. 235 konstytucji można dokonać nowelizacji całkowitej. Jak zawsze u nas: szkoła falenicka i otwocka. 

Bezsprzeczne jest to, że do gmerania w konstytucji potrzebna jest większość 2/3 w Sejmie oraz większość bezwzględna w Senacie. Przy czym taki projekt (inaczej niż w przypadku ustawy) musi być uchwalony w jednakowym brzmieniu przez obie izby. To tak, jakbyśmy prosili o zgodę i mamę, i tatę. Kto próbował, ten wie, że nie zawsze jest to łatwe. 

Prezydent z założenia myśli szerzej. Ma perspektywę. W przypadku Konstytucji zmiana została wyznaczona na 2030 r. W 2027 r. będziemy mieli wybory parlamentarne, których projekt zmiany konstytucji będzie kartą przetargową. „Jeśli wygramy. Jeśli dacie nam większość konstytucyjną, uporządkujemy sprawy w państwie raz na zawsze!” – będą mówić politycy PiS. W przypadku braku uzyskania odpowiedniej większości w parlamencie, projekt trzeba będzie upchnąć kolanem w pancernej szafie, aby wszyscy o nim zapomnieli. Bo to przecież wstyd, gdy reformy nie zyskują poparcia znacznej części społeczeństwa. To wszystko ewidentnie przez tę szerzącą się opcję niemiecką.  

Źródło: gazeta.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

[ngd-single-post-view id="post_id"]
WP2Social Auto Publish Powered By : XYZScripts.com