Ćwiczenia nuklearne na Białorusi: Oresznik, bomby atomowe i granica z Polską

RFE

Dziś, 18 maja, Białoruś i Rosja rozpoczęły wspólne ćwiczenia dotyczące bojowego użycia broni jądrowej. Nie jest to pierwszy wspólny pokaz siły — jednak właśnie dzisiejszy ma szczególny kontekst, którego nie można ignorować. Ćwiczenia nabierają wyjątkowego znaczenia na tle ostrzeżenia Kijowa, że Rosja próbuje głębiej wciągnąć Białoruś w swoją wojnę przeciwko Ukrainie oraz rozbudowuje infrastrukturę wojskową, która może wspierać przyszłe operacje przeciwko Ukrainie lub wschodniej flance NATO.

Za każdym razem, gdy Mińsk lub Moskwa ogłaszają podobne ćwiczenia, pojawia się to samo wyjaśnienie: działania są planowe, nie są skierowane przeciwko nikomu, mają charakter wyłącznie obronny. Ministerstwo Obrony Białorusi oświadczyło, że manewry zostały zaplanowane z wyprzedzeniem i nie są wymierzone w państwa trzecie. Jest jednak jeden problem z tą retoryką: dokładnie taka sama obowiązywała w 2022 roku, kiedy z terytorium Białorusi rozpoczęła się inwazja na Kijów. Wtedy również zapewniano, że ćwiczenia to po prostu ćwiczenia.

W grudniu Rosja ogłosiła, że jej najnowszy rakietowy system średniego zasięgu „Oresznik”, zdolny do przenoszenia głowic jądrowych, wszedł do służby bojowej na Białorusi — kraju graniczącym z Ukrainą oraz państwami NATO: Polską, Łotwą i Litwą. To już nie jest jedynie agresywna demonstracja siły. To systemowe rozmieszczenie uzbrojenia obejmującego swoim zasięgiem znaczną część Europy Środkowej — w tym Warszawę. Podczas ćwiczeń planowane jest przećwiczenie dostarczania ładunków jądrowych i przygotowania ich do użycia, a także szkolenie sił w zakresie skrytego przemieszczania się na znaczne odległości. Innymi słowy — nie ćwiczy się odstraszania. Ćwiczy się użycie.

Prezydent Zełenski 15 maja przedstawił konkretne szczegóły, które nie pozostawiają miejsca na rozmyte interpretacje: Rosja rozważa scenariusze operacji albo przeciwko kierunkowi czernihowsko-kijowskiemu na Ukrainie, albo przeciwko jednemu z państw NATO. Z terytorium Białorusi. To dwa różne scenariusze, ale mają wspólny mianownik: Białoruś jako przyczółek. I oba dotyczą Polski — nie teoretycznie, lecz geograficznie.

Napięcie wzrosło jeszcze bardziej po tym, jak Łukaszenka ogłosił w ubiegłym tygodniu „mobilizację celową” części sił wewnętrznych oraz stwierdził, że kraj przygotowuje się do możliwego konfliktu. Ukraina nakazała przerzucenie posiłków na północną granicę z Białorusią. Są to poważne sygnały, odróżniające obecną sytuację od wcześniejszych epizodów — wtedy Łukaszenka balansował między flirtowaniem z Moskwą a faktycznym powstrzymywaniem się od bezpośredniego udziału w wojnie. Obecnie równowaga zdaje się przesuwać.

Warto zrozumieć mechanikę tego, co się dzieje. Łukaszenka nie jest samodzielnym graczem. Jest zależny od Putina politycznie, gospodarczo i w zakresie bezpieczeństwa — szczególnie po tym, jak w 2020 roku Moskwa faktycznie uratowała jego reżim przed społecznym buntem. Cichanouska stwierdziła, że „Łukaszenka przekształcił Białoruś w platformę rosyjskich gróźb, lecz Białorusini nie potrzebują tej broni. Tylko wolna Białoruś stanie się źródłem bezpieczeństwa, a nie nuklearnego szantażu w Europie”. To trafna charakterystyka: Łukaszenka nie jest podmiotem strategii — jest jej narzędziem.

Obecne ćwiczenia zbiegają się z szerszym rozpadem międzynarodowej kontroli zbrojeń jądrowych: załamanie traktatu New START w lutym formalnie usunęło ostatnie ograniczenie dotyczące arsenałów jądrowych USA i Rosji. W tym kontekście ćwiczenia nuklearne nie są jedynie demonstracją siły. Są przypomnieniem, że reguł jest coraz mniej, a granice wyznacza gotowość do oporu.

Dla Polski nie jest to abstrakcyjne zagrożenie. Polska graniczy z Kaliningradem na północy i z Białorusią na wschodzie. „Oresznik”, rozmieszczony na Białorusi, obejmuje zasięgiem całe terytorium Polski. I nawet jeśli Putin w najbliższej przyszłości nie planuje bezpośredniego uderzenia na NATO — sam fakt takiego rozmieszczenia zmienia środowisko strategiczne. Zmienia to, co można powiedzieć podczas negocjacji, zmienia ilość czasu na reakcję, zmienia poziom zastraszania, z którym trzeba żyć każdego dnia.

Pytanie, które często się pojawia — czy to tylko „straszak” — jest źle postawione. Właściwe pytanie brzmi inaczej: czy różnica między „straszakiem” a realnym zagrożeniem ma znaczenie, jeśli nie jest się przygotowanym na żadne z nich? Rosja przez lata uczyła nas, że jej „straszaki” ostatecznie stają się rzeczywistością. „Referendum” krymskie — straszak. Donbas 2014 roku — straszak. Pełnoskalowa inwazja w 2022 roku — również początkowo wydawała się niemożliwa.

To, co dzieje się obecnie na Białorusi, nie jest odizolowanym epizodem. To ogniwo w łańcuchu ciągnącym się od Krymu przez Kijów aż do Warszawy. A każde kolejne ogniwo było wykuwane wtedy, gdy poprzednie postanawiano ignorować.

Karyna Koshel

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

[ngd-single-post-view id="post_id"]
WP2Social Auto Publish Powered By : XYZScripts.com