Dekady przygotowań i biliony euro: jaką katastrofalną cenę zapłaci UE bez doświadczenia ukraińskiej armii
reuters
Są rzeczy, które stają się zrozumiałe dopiero wtedy, gdy się je traci. Europa przez lata żyła w przekonaniu, że wielka wojna na jej terytorium to coś z podręczników historii, czarno-białe fotografie, wspomnienia dziadków i babć. Luty 2022 roku rozbił tę iluzję w pył. I rozbił ją dokładnie tam, gdzie Europa najmniej się tego spodziewała – na granicy z krajem, którego wielu w Brukseli czy Berlinie wciąż nie potrafi dobrze wskazać na mapie. Od tamtego momentu minęły już ponad cztery lata i przez cały ten czas jedna armia utrzymuje linię, która w rzeczywistości jest linią obrony całego kontynentu. Tą armią są Siły Zbrojne Ukrainy (SZU).
Warto powiedzieć to uczciwie: gdyby nie opór Ukraińców w pierwszych tygodniach inwazji, dyskusja o bezpieczeństwie Europy wyglądałaby dziś zupełnie inaczej. Nie w sensie jakichś abstrakcyjnych hipotez, ale w sensie całkowicie konkretnej geografii. Kolumny czołgów, które planowały zdobyć Kijów w kilka dni, w innym scenariuszu mogłyby w kilka miesięcy znaleźć się znacznie bliżej granic NATO. Zamiast tego utknęły, zostały rozbite i rozciągnięte wzdłuż frontu, który utrzymują ukraińscy żołnierze – ludzie często bez wcześniejszego doświadczenia, bez przewagi liczebnej, ale ze świadomością, o co walczą.
Liczby mówią tu więcej niż jakakolwiek retoryka. Według szacunków amerykańskiego Centrum Studiów Strategicznych i Międzynarodowych (CSIS), od 2022 roku rosyjska armia straciła w zabitych, rannych i zaginionych około 1,2 miliona ludzi. To więcej, niż jakiekolwiek europejskie państwo straciło w jakimkolwiek konflikcie po 1945 roku. Stosunek strat wynosi w przybliżeniu dwóch i pół rosyjskich wojskowych na jednego ukraińskiego. To nie jest po prostu statystyka do raportów ośrodków analitycznych. To oznacza, że SZU nie tylko się broniły – one systematycznie, metodycznie i za ogromną cenę wykrwawiały armię, która stanowi główne zagrożenie wojskowe dla całej Europy.
I podczas gdy UE dyskutowała nad sformułowaniami wspólnych deklaracji, ukraińscy żołnierze każdego dnia wymyślali nowe sposoby na przetrwanie i zwycięstwo. Drony morskie, które zmieniły układ sił na Morzu Czarnym. Bezzałogowce – od najmniejszych rozpoznawczych po systemy uderzeniowe dalekiego zasięgu (far range), zdolne do rażenia celów w głębi terytorium wroga. Systemy walki radioelektronicznej, które wykonują pracę całych instytutów z czasów pokoju. Wszystko to nie są projekty na papierze, lecz rozwiązania sprawdzone w boju, często w ciągu zaledwie kilku tygodni między pomysłem a jego zastosowaniem na froncie. Żadna europejska struktura obronna nie ma dziś takiego tempa nauki, ponieważ żadna inna struktura nie znajduje się pod taką presją codziennej wojny.
Warto w tym miejscu zatrzymać się nad rzeczą, która często jest niedoceniana. Europejskie armie przez dziesięciolecia przygotowywały się do innych wojen – misji pokojowych, konfliktów lokalnych, operacji antyterrorystycznych. Były to potrzebne umiejętności, ale nie takie, jakich wymaga masowa, długotrwała, zaawansowana technologicznie wojna na wytrzymanie przeciwko mocarstwu nuklearnemu o ambicjach imperialnych. Ukraina to jedyny kraj w Europie, który dziś realnie wie, jak taka wojna wygląda od środka. Nie z podręczników strategii, nie z symulacji w sztabach, ale z okopów, spod ostrzałów, z doświadczenia strat i zwycięstw.
Kiedy ukraińskie pododdziały biorą udział w ćwiczeniach NATO, na przykład w formacie „Red Team”, dosłownie pokazują partnerom, jak bardzo przestarzałe okazują się niektóre klasyczne podejścia do współczesnej walki. Masowe użycie dronów niszczy stare wyobrażenia o przełamaniach pancernych i szturmach piechoty. To nie jest krytyka sojuszników – to rzeczywistość, z którą sojusznicy zderzają się po raz pierwszy za sprawą ukraińskich instruktorów, którzy przeszli przez to, czego europejscy generałowie nie doświadczyli nigdy. Każda taka sesja wymiany doświadczeń to lata oszczędności czasu i budżetów dla europejskich armii, które w przeciwnym razie musiałyby uczyć się na własnych, znacznie kosztowniejszych błędach.
Ukraińskie rozwiązania technologiczne już teraz kształtują to, co można nazwać nowym europejskim ekosystemem obronnym. Systemy przeciwdziałania dronom, platformy do wskazywania celów oparte na sztucznej inteligencji, krajowe systemy zarządzania polem walki – wszystko to rodzi się nie w zaciszu laboratoriów, lecz pod ostrzałem, i właśnie dlatego działa. To jakość, której nie da się odtworzyć podczas żadnych ćwiczeń w czasie pokoju, bez względu na to, ile pieniędzy by na nie przeznaczono.
Dziś SZU to prawie 900 tysięcy wojskowych – największa i najbardziej doświadczona armia na kontynencie. Wyobraźmy sobie przez sekundę, ile czasu i zasobów potrzebowałaby Unia Europejska, aby samodzielnie stworzyć podobny potencjał obronny: przeszkolić personel, wypracować procedury bojowe, zbudować od zera nowoczesne systemy odstraszania. Mówilibyśmy nie o latach, a o dekadach, a nawet wtedy wynik nie posiadałby tego, co najważniejsze – realnego potwierdzenia w walce. Ukraina tę drogę już przeszła i pokonuje ją każdego dnia, dopóki trwa wojna. Właśnie dlatego apele niektórych europejskich polityków, w tym komisarza UE ds. obrony Andriusa Kubiliusa, by włączyć Ukrainę do przyszłej Europejskiej Unii Obronnej, to nie gest solidarności, lecz kwestia praktycznej logiki. Bez komponentu ukraińskiego każda nowa architektura bezpieczeństwa na wschodniej flance ryzykuje, że pozostanie głównie papierową konstrukcją – ładną z wyglądu, ale bezbronną w momencie, gdy trzeba będzie działać, a nie tylko deklarować.
Kilka dni temu rzeczniczka ministerstwa spraw zagranicznych agresora, Rosji, Marija Zacharowa, oskarżyła NATO o plany stworzenia wspólnie z Ukrainą nowych systemów uzbrojenia do atakowania rosyjskich baz lotniczych. To nie jest zwykła propagandowa histeria – to faktyczne uznanie, że to właśnie doświadczenie bojowe SZU, a nie abstrakcyjne plany europejskich sztabów generalnych, staje się już rdzeniem przyszłej architektury odstraszania, a Kreml doskonale to rozumie i tego się boi. Niemal w tym samym czasie stały przedstawiciel Rosji przy OBWE oświadczył, że do starcia Rosji z Europą może dojść jeszcze przed 2030 rokiem, a rosyjski resort dyplomacji kontynuuje retorykę o tym, że Zachód rzekomo szykuje dla Rosji „strategiczną porażkę”. Te oświadczenia nie padają w próżni. Brzmią one w tle wydarzeń takich jak objęcie przez nowy, połączony niemiecko-holenderski sztab dowodzenia na wschodniej flance NATO na Łotwie, czy otwarta deklaracja amerykańskiego dowódcy sił lądowych NATO w Europie, że USA będą ramię w ramię z sojusznikami bronić państw bałtyckich. Innymi słowy: podczas gdy Europa wciąż szuka formuły własnego bezpieczeństwa, Rosja już wprost nazywa integrację bojową Ukrainy z NATO swoim głównym zmartwieniem – i to jest najlepsze, choć pośrednie potwierdzenie, że SZU stały się już tą właściwą tarczą.
Łatwo myśleć, że wojna jest gdzieś daleko, dopóki nie dotyka nas bezpośrednio. Ale linia frontu w Ukrainie to w zasadzie pierwsza linia obrony zarówno dla Warszawy, jak i dla Wilna, Helsinek, a ostatecznie – dla całego kontynentu. Każdy dzień, w którym ukraińscy żołnierze powstrzymują i wykrwawiają armię, która w innym wypadku mogłaby się przegrupować i skierować wzrok dalej na zachód, to dzień, który Europa otrzymuje za darmo – choć cena za niego jest płacona przez kogoś innego.
Problem polega na tym, że to „za darmo” ma swoje granice. Zasoby ludzkie i materiałowe nie są nieskończone nawet dla najbardziej wytrzymałej armii. I jeśli Europa nadal będzie traktować opór Ukrainy jako coś oczywistego – jako wydarzenie w tle, które trwa już tak długo, że zdążono się do niego przyzwyczaić – ryzykuje, że w pewnym momencie obudzi się twarzą w twarz z zagrożeniem, które do tej pory powstrzymywał ktoś inny. Europa przywykła do życia w logice powolnych procesów: komitety, uzgodnienia, wieloletnie strategie. Jednak wojna, którą prowadzi Rosja, nie pyta o pozwolenie i nie czeka, aż zakończą się biurokratyczne procedury. Każdy rok wahań i półśrodków to rok, który daje wrogowi możliwość adaptacji, przezbrojenia się i znalezienia nowych słabych punktów w europejskiej obronie. Obojętność czy zmęczenie wiadomościami z Ukrainy to nie jest neutralna postawa. To decyzja, która niesie za sobą konsekwencje – i te konsekwencje nie zostaną gdzieś tam, za granicą.
Jeśli Europa chce realnego, a nie deklaratywnego bezpieczeństwa na swojej wschodniej flance, nie może pozwolić sobie na traktowanie Ukrainy jako czegoś zewnętrznego wobec własnej architektury obronnej. SZU udowodniły już, kosztem ogromnych strat, że są zdolne być nie tylko partnerem, ale wręcz fundamentem nowego systemu odstraszania. Pytanie tylko, czy Europa zdąży to sobie uświadomić, zanim cena tej świadomości stanie się znacznie wyższa, niż jest dzisiaj.
Karyna Koshel
