Naddniestrze jako kryjówka Romanowskiego? Sprawa, która obnaża słabość polskich elit wobec rosyjskich służb

List nadany w Tyraspolu, prośba o list żelazny i milczenie mołdawskich władz – wokół domniemanego pobytu byłego wiceministra sprawiedliwości Marcina Romanowskiego w prorosyjskim Naddniestrzu narasta seria pytań, na które politycy, dziennikarze śledczy i byli szefowie polskich służb specjalnych nie potrafią jeszcze udzielić jednoznacznej odpowiedzi. Jedno jest jednak pewne: jeśli doniesienia się potwierdzą, Polska będzie musiała zmierzyć się nie tylko z kolejnym aktem ucieczki przed wymiarem sprawiedliwości, lecz z poważnym problemem kontrwywiadowczym o wymiarze państwowym.

List z Tyraspola

Sprawa nabrała rozpędu, gdy do Sądu Okręgowego w Warszawie wpłynęło pismo podpisane przez Marcina Romanowskiego – byłego wiceministra sprawiedliwości w rządach Zjednoczonej Prawicy i posła Prawa i Sprawiedliwości, poszukiwanego od grudnia 2024 roku w związku ze śledztwem dotyczącym nieprawidłowości przy dystrybucji środków z Funduszu Sprawiedliwości. Polityk domagał się w nim wydania tzw. listu żelaznego, który pozwoliłby mu wrócić do Polski bez obawy o natychmiastowe aresztowanie. Rzeczniczka sądu, sędzia Anna Ptaszek, potwierdziła, że zarówno treść pisma, jak i stemple na kopercie wskazują, iż zostało ono nadane w Tyraspolu – stolicy Naddniestrza, nieuznawanej przez żadne państwo na świecie separatystycznej republiki, formalnie należącej do Mołdawii, lecz od trzech dekad funkcjonującej pod ścisłą kontrolą Moskwy. Wniosek Romanowskiego został przez sąd odrzucony.

Sam fakt nadania korespondencji z tego miejsca wywołał falę komentarzy, ponieważ Naddniestrze nie jest regionem, do którego – jak podkreślają eksperci od spraw postsowieckich – trafia się przypadkiem. Na terytorium tym od czasu zamrożonego konfliktu z początku lat 90. stacjonuje ok. dwóch tysięcy rosyjskich żołnierzy z tzw. Grupy Operacyjnych Wojsk Rosyjskich, pilnujących między innymi ogromnych składów amunicji w Kołbasnej. Nad całością nieformalnie czuwają rosyjskie służby specjalne – zarówno FSB, jak i wywiad wojskowy. Miejscowe struktury siłowe, w tym naddniestrzańskie Ministerstwo Bezpieczeństwa Państwowego, pozostają pod ścisłym nadzorem Moskwy.

„Poważna sprawa kontrwywiadowcza”

Grzegorz Rzeczkowski, dziennikarz śledczy i autor książki „Szpiedzy Putina”, ocenił w rozmowie z Gońcem, że jeśli Romanowski rzeczywiście przebywa na terytorium kontrolowanym przez Rosję, trudno wyobrazić sobie jego pobyt tam bez wiedzy rosyjskich służb. Zastrzegł jednak, że na obecnym etapie nie można jeszcze przesądzać, czy były wiceminister faktycznie się tam znajduje. Podobnie ostrożne, choć równie niepokojące stanowisko zajął dyrektor Departamentu Bezpieczeństwa Narodowego Maciej Matysiak, który w rozmowie z Wirtualną Polską zaznaczył, że rosyjskie służby nie działają bezinteresownie i „podejmują działania wtedy, gdy widzą w tym korzyść”.

„Romanowski z dużym prawdopodobieństwem jest pod wpływem rosyjskich służb” – ocenił wiceminister obrony narodowej, dodając, że wszystkie poszlaki „układają się w jedną całość”.

Głosy polityków koalicji rządzącej idą w podobnym kierunku. Poseł PSL Marek Sawicki zauważył, że nadanie korespondencji z Naddniestrza byłoby niemożliwe bez zgody lub pomocy rosyjskich służb – nawet gdyby sam Romanowski faktycznie przebywał gdzie indziej, a list posłużył jedynie za element mistyfikacji. Szef polskiej dyplomacji Radosław Sikorski skomentował sprawę z ironią, nazywając ją „kolejnym zbiegiem okoliczności”. Premier Donald Tusk przyznał na konferencji prasowej, że doniesienia „brzmią nieprawdopodobnie”, zastrzegając jednocześnie, że nie potrafi ocenić ich wiarygodności.

Co potwierdzają, a czego nie potwierdzają dotychczasowe ustalenia

Warto podkreślić, że sprawa wciąż pozostaje w sferze poszlak i domysłów. Mołdawskie władze, w tym szef Krajowego Biura Interpolu Vadim Tiron oraz mołdawskie Biuro ds. Polityk Reintegracyjnych, poinformowały, że nie dysponują danymi potwierdzającymi wjazd Romanowskiego na terytorium Mołdawii ani Naddniestrza przez oficjalne przejścia graniczne. Piotr Oleksy z Instytutu Europy Środkowej, badacz regionu, zwraca z kolei uwagę, że wjazd do Naddniestrza dla obywateli UE – w tym Polski – jest w praktyce swobodny i nie wymaga żadnej specjalnej zgody rosyjskich władz, co nieco osłabia tezę o „zaproszeniu” ze strony Kremla. Portal OKO.press wskazuje ponadto na alternatywny scenariusz: możliwe, że Romanowskiego w Naddniestrzu w ogóle nie ma, a wskazanie tego adresu to element szerzej zakrojonej mistyfikacji, w której uczestniczą inne osoby.

Dostęp do wrażliwych danych rodzi ryzyko dla bezpieczeństwa państwa

Niezależnie od tego, którą wersję wydarzeń ostatecznie potwierdzą śledczy, sam fakt, że osoba pełniąca przez lata funkcję wiceministra sprawiedliwości mogła znaleźć się pod – bezpośrednim lub pośrednim – wpływem rosyjskich struktur siłowych, stanowi poważny sygnał ostrzegawczy dla polskiego państwa. Jako wiceminister w resorcie sprawiedliwości Romanowski miał dostęp do informacji o wysokim stopniu wrażliwości: danych dotyczących funkcjonowania systemu sądownictwa, zabezpieczeń cyfrowych ministerstwa oraz mechanizmów wewnętrznej wymiany informacji między instytucjami wymiaru sprawiedliwości. Tego rodzaju wiedza od dawna znajduje się w centrum zainteresowania rosyjskich służb wywiadowczych, które regularnie próbują penetrować instytucje państw członkowskich UE i NATO w poszukiwaniu luk w cyberbezpieczeństwie oraz kanałów wpływu na procesy decyzyjne.

Eksperci od kontrwywiadu podkreślają, że nawet jeśli Romanowski nie działał świadomie na rzecz Moskwy w czasie sprawowania urzędu, sam fakt jego obecnej – domniemanej – zależności od terytorium pod kontrolą rosyjskich służb rodzi pytania o to, od kiedy mogły zacząć się jakiekolwiek kontakty. Posłanka Platformy Obywatelskiej Agnieszka Pomaska otwarcie zapytała, czy współpraca ta mogła sięgać czasów, gdy Romanowski wciąż zajmował stanowisko rządowe. Taki scenariusz, nawet jako hipoteza, obliguje polskie służby specjalne do ponownej analizy, jakie informacje mogły wcześniej wyciec poza struktury państwa – i czy podobne ryzyko dotyczy innych byłych urzędników wysokiego szczebla, którzy po zmianie władzy w 2023 roku znaleźli się poza granicami kraju.

Kłopot wizerunkowy i polityczny dla PiS

Sprawa uderza również bezpośrednio w Prawo i Sprawiedliwość jako formację polityczną. Romanowski przez lata był blisko związany z kierownictwem partii, w tym z byłym ministrem sprawiedliwości Zbigniewem Ziobrą, i pozostawał jedną z bardziej rozpoznawalnych twarzy resortu w czasie rządów Zjednoczonej Prawicy. Jego domniemane relacje – choćby pośrednie – ze strukturami podległymi Kremlowi stawiają PiS w wyjątkowo niekomfortowej sytuacji, zwłaszcza w kontekście wcześniejszej ucieczki innego polityka związanego z obozem Zjednoczonej Prawicy, sędziego Tomasza Szmydta, na Białoruś.

Poseł Polskiego Stronnictwa Ludowego Krzysztof Paszyk ocenił wprost, że za uniknięcie odpowiedzialności karnej Romanowski „jest w stanie sprzedać się służbom mocarstwa, które czyha na nasze bezpieczeństwo”. Tego typu opinie, formułowane publicznie przez przedstawicieli koalicji rządzącej, wpisują się w szerszą debatę o podatności części polskich elit politycznych – niezależnie od barw partyjnych – na naciski, szantaż lub inne formy wpływu ze strony rosyjskiego wywiadu. Dla PiS oznacza to konieczność zmierzenia się z pytaniami o mechanizmy kontroli i weryfikacji osób obejmujących stanowiska związane z dostępem do informacji niejawnych w czasie, gdy partia sprawowała władzę.

Sam Romanowski w piśmie do sądu utrzymuje, że dysponuje „legalnie wydanym” paszportem na inne nazwisko, który pozwala mu swobodnie poruszać się poza Unią Europejską. Twierdzenie to samo w sobie rodzi kolejne pytania – zarówno o to, kto i w jaki sposób mógł taki dokument wystawić, jak i o to, czy fakt jego posiadania świadczy o wsparciu ze strony jakiegokolwiek państwa trzeciego.

Co dalej?

Polskie służby, w tym Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego oraz Straż Graniczna, zostały poinformowane o sprawie i – jak zapowiedział minister koordynator służb specjalnych Tomasz Siemoniak – z uwagi na nieuznawany, separatystyczny status Naddniestrza, nie obowiązują tam standardy europejskie związane z ekstradycją czy międzynarodowymi nakazami aresztowania. Oznacza to, że nawet potwierdzenie obecności Romanowskiego na tym terytorium nie dawałoby Warszawie realnych narzędzi prawnych do sprowadzenia go do kraju. Ekspert ds. Mołdawii dr Piotr Oleksy ujął to jednoznacznie: polskie władze „miałyby związane ręce”.

Sprawa Romanowskiego pozostaje więc na razie w fazie ustaleń, a jej ostateczny obraz zależeć będzie od dalszych działań śledczych oraz ewentualnej współpracy strony mołdawskiej. Niezależnie jednak od tego, czy wszystkie szczegóły się potwierdzą, sam fakt, że taka hipoteza w ogóle jest dziś poważnie rozważana przez byłych szefów polskiego kontrwywiadu i czynnych polityków koalicji rządzącej, pokazuje skalę wyzwania, przed którym stoi Polska w starciu z rosyjskimi operacjami wpływu wymierzonymi w krajowe elity polityczne.

Diana Kamiński

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

[ngd-single-post-view id="post_id"]
WP2Social Auto Publish Powered By : XYZScripts.com