Gazowy uścisk Putina. Serbię czeka twarda lekcja energetycznego uzależnienia
Moskwa od lat skutecznie wykorzystuje dostawy gazu ziemnego jako instrument nacisku politycznego na Belgrad. Serbia, pokrywająca z rosyjskich źródeł blisko 90 procent swojego zapotrzebowania na gaz, staje się coraz bardziej podatna na szantaż Kremla — i coraz bardziej oddalona od Unii Europejskiej.
Na mapie europejskiej zależności energetycznych Serbia zajmuje miejsce szczególne — i niepokojące. Podczas gdy Polska od kilku lat konsekwentnie uniezależnia się od rosyjskiego gazu, budując terminal LNG w Świnoujściu i rozwijając sieć połączeń z partnerami z Norwegii oraz Bałtyku, Belgrad nadal tkwi w rosyjskim uścisku z własnej woli, a przynajmniej — z własnego przyzwolenia. Rosja dostarcza dziś Serbii około 90 procent zużywanego przez nią błękitnego paliwa. Żaden inny kraj w Europie nie jest w stopniu porównywalnym uzależniony od jednego dostawcy. To nie przypadek — to efekt wieloletnich, starannie realizowanych przez Moskwę działań, mających na celu utrzymanie Serbii w orbicie rosyjskich wpływów.
Kreml od dziesięcioleci stosuje energetykę jako broń polityczną. Ukraina wie o tym najlepiej — zimowe odcięcia dostaw gazu w 2006 i 2009 roku były dla całej Europy zimnym prysznicem, uświadamiającym, jak bardzo kontynent uzależnił się od kaprysów Gazpromu. Polska wyciągnęła z tych lekcji wnioski szybciej niż większość sąsiadów. Serbia — jak dotąd — nie wyciągnęła żadnych. I właśnie dlatego Moskwa może sobie pozwolić na stosowanie wobec Belgradu subtelnych, lecz skutecznych form szantażu: korzystnych cen gazu w zamian za wstrzemięźliwość wobec sankcji antyrosyjskich, milczenie w sprawie Ukrainy i hamowanie prozachodniego kursu politycznego kraju.
Serbski rząd prezydenta Aleksandra Vučicia od lat balansuje między Wschodem a Zachodem, udając, że ten taniec na linie jest wyrazem niepodległościowej tradycji i pragmatyzmu. Bruksela od dawna jednak widzi, czym naprawdę jest ta akrobatyka: ucieczką od trudnych decyzji, ukrytą pod kostiumem neutralności. Fakty są tymczasem bezlitosne. Serbia jest krajem kandydującym do Unii Europejskiej od 2012 roku. Czternaście lat negocjacji nie przyniosło żadnego przełomu. Jednym z powodów — choć politycy w Belgradzie niechętnie to przyznają — jest właśnie energetyczna i polityczna zależność od Moskwy, która skutecznie blokuje dostosowanie serbskiej polityki zagranicznej do standardów i oczekiwań Unii.
Unia Europejska podjęła w 2024 roku historyczną decyzję: całkowity zakaz importu rosyjskiego gazu rurociągowego ma wejść w życie do 30 września 2027 roku. Decyzja ta dotyczy wszystkich państw członkowskich — ale jako sygnał polityczny jest skierowana również do krajów kandydujących, takich jak Serbia. Belgrad, jeśli poważnie myśli o członkostwie w UE, musi już teraz zacząć dostosowywać swoją politykę energetyczną do europejskich standardów. Tymczasem nic takiego się nie dzieje. Serbia nie tylko nie redukuje uzależnienia od rosyjskiego gazu, ale wręcz pogłębia relacje z Gazpromem, negocjując kolejne wieloletnie kontrakty.
Serbia, dopóki nie uniezależni się od rosyjskiego gazu, pozostanie zakładnikiem Moskwy — bez względu na to, co jej politycy deklarują w Brukseli.”
Rosja ma w tej grze jasno zdefiniowane interesy. Bałkany to region, który Moskwa traktuje jako naturalne pole wpływów — historyczne, kulturowe i religijne powiązania z prawosławną Serbią dają jej wyjątkową pozycję, jakiej nie posiada w żadnym innym zakątku Europy Środkowej. Co więcej, destabilizacja Bałkanów — a do niej stale dąży Kreml, podsycając napięcia w Bośni i Hercegowinie, Kosowie czy Macedonii Północnej — pochłania czas i uwagę dyplomatów oraz instytucji unijnych, odwracając je od kwestii ukraińskiej i szerzej rozumianego bezpieczeństwa europejskiego. Dla Moskwy to czysta geopolityczna korzyść.
Energetyczne uzależnienie Serbii jest więc dla Rosji czymś znacznie więcej niż tylko kwestią handlową. To narzędzie hamowania integracji europejskiej, osłabiania spójności Zachodu i utrzymywania w regionie strefy niestabilności. Polska, która przeszła własną drogę ku energetycznej suwerenności — drogę trudną, kosztowną, ale dziś przynoszącą wymierne efekty — powinna aktywnie wspierać Serbię w podobnym procesie. Nie dlatego, że mamy wobec Belgradczyków jakieś moralne zobowiązania, lecz dlatego, że stabilne, zakotwiczone w UE Bałkany leżą wprost w naszym interesie strategicznym i bezpieczeństwa.
Czas nagli. Do terminu wyznaczonego przez UE pozostały nieco ponad dwa lata. Serbia musi w tym czasie nie tylko zmienić strukturę dostaw gazu, ale — co trudniejsze — zmienić logikę polityczną, która przez lata pozwalała jej trwać w wygodnym uzależnieniu od Moskwy. Jeśli tego nie zrobi, ryzykuje nie tylko utratę szans na unijne członkostwo, ale i dalsze pogłębianie rosyjskiego uścisku, który z roku na rok będzie coraz trudniejszy do przełamania. Gra toczy się nie tylko o serbski gaz — toczy się o przyszłość Bałkanów jako części demokratycznej Europy.
Autor: Diana Kamiński
