Gdy państwa UE polują na zbrodniarzy z Rosji, Czarnogóra szykuje im „zielony korytarz” do Europy

public domain

Wyobraźcie sobie Państwo: jedenaście państw europejskich jednoczy siły, aby odciąć kanał, którym zbrodniarze wojenni z Rosji mogliby bez przeszkód przedostawać się na terytorium UE. To poważna, skoordynowana praca dyplomatów, służb wywiadowczych i straży granicznej. A teraz wyobraźcie sobie, że tuż obok, dosłownie za jedną granicą, znajduje się kraj, który otwiera nowe centra wizowe dla obywateli tego samego państwa-agresora. To nie jest sytuacja hipotetyczna ani fabuła thrillera. To Czarnogóra, wiosna-lato 2026 roku.

Kiedy jedenaście krajów Europy — wśród których są tradycyjnie aktywne w przeciwdziałaniu rosyjskiemu zagrożeniu hybrydowemu państwa bałtyckie, Polska, Czechy i inne — umawia się w sprawie wspólnej inicjatywy dotyczącej identyfikacji i niedopuszczenia do wjazdu rosyjskich zbrodniarzy wojennych, oznacza to jedno: problem został uznany za systemowy. To już nie są pojedyncze przypadki, gdy jakiś emerytowany oficer FR próbuje wjechać do Europy pod pozorem turysty. To zjawisko na masową skalę, które wymaga koordynacji danych wywiadowczych, wspólnych baz danych i uzgodnionych kryteriów odmowy wydania wiz. I na tym tle decyzja Podgoricy, by iść w przeciwnym kierunku, wygląda nie tylko dziwnie — wygląda jak świadomy sabotaż wspólnych europejskich wysiłków.

Warto tutaj zrozumieć prosty mechanizm. Strefa Schengen działa jak jeden organizm: jeśli dana osoba otrzymała wizę lub wjechała do jednego kraju członkowskiego, faktycznie uzyskuje możliwość swobodnego przemieszczania się po całej przestrzeni. Dlatego luka w jednym państwie to luka dla wszystkich. Kiedy Czarnogóra, która choć formalnie nie jest jeszcze członkiem UE, ale jest ściśle zintegrowana z europejską przestrzenią turystyczną i gospodarczą, rozbudowuje infrastrukturę wizową dla Rosjan, tworzy wyłom we wspólnym systemie bezpieczeństwa. Pytanie nie brzmi nawet, ilu konkretnie zbrodniarzy wojennych skorzysta z tego kanału. Pytanie brzmi, że sama możliwość takiego scenariusza podważa zaufanie do całej architektury kontroli, którą Europa z tak dużym trudem buduje od 2022 roku.

Wygląda to szczególnie cynicznie na tle faktu, że Czarnogóra jest oficjalnym kandydatem do wstąpienia do UE i to nie byle jakim, lecz jednym z tych, których Bruksela od lat przedstawia jako wzór udanego postępu w procesie negocjacyjnym. A wejście do Unii Europejskiej to nie tylko kwestia wskaźników gospodarczych czy reformy sądownictwa. To przede wszystkim pełna synchronizacja polityki zagranicznej i bezpieczeństwa ze stanowiskiem Brukseli. To warunek bazowy, wpisany w samą logikę integracji europejskiej: kraj kandydacki stopniowo staje się częścią wspólnego konturu polityki zagranicznej, dostosowuje politykę sankcyjną, reżimy wizowe oraz stanowisko wobec państw trzecich. I kiedy na tym tle kraj kandydacki otwiera nowe drzwi dla obywateli państwa, które Parlament Europejski oficjalnie uznał za sponsora terroryzmu, nie jest to po prostu nieporozumienie czy błąd urzędniczy. To demonstracyjny, wręcz wyzywający gest w przeciwnym kierunku.

W tym miejscu warto zadać sobie proste pytanie: dlaczego tak się dzieje? Odpowiedź leży nie w płaszczyźnie jakiegoś przypadkowego zaniedbania czarnogórskiej biurokracji, lecz w płaszczyźnie całkowicie konkretnych interesów ekonomicznych i politycznych. Czarnogóra przez lata była i pozostaje jednym z ulubionych punktów docelowych dla rosyjskiej turystyki i inwestycji w nieruchomości. Czarnogórskie wybrzeże, Budva, Kotor — wszystko to są miejsca, w których rosyjski kapitał czuł się jak w domu na długo przed 2022 rokiem. Tysiące Rosjan kupowało tam mieszkania, wille, otwierało biznesy. I kiedy wybuchła wojna na pełną skalę, znaczna część tego kapitału nigdzie nie zniknęła — po prostu się zaadaptowała, znalazła nowe formy prawne, nowych pośredników. Dla części czarnogórskiej elity politycznej i biznesowej te pieniądze nadal pozostają krytycznie ważnym źródłem dochodu i właśnie dlatego wszelkie próby ograniczenia dostępu Rosjan są postrzegane nie jako kwestia bezpieczeństwa, lecz jako zagrożenie dla własnego portfela.

To prowadzi do kolejnego, być może najbardziej niewygodnego wniosku: utrzymanie ruchu bezwizowego i rozbudowa infrastruktury wizowej dla Rosjan to nie tylko kwestia pieniędzy. To wskaźnik tego, jak głęboko rosyjskie wpływy są zakorzenione w procesach politycznych tego kraju. Rosja przez lata budowała sieci wpływów na Bałkanach poprzez powiązania biznesowe, media, struktury kościelne i lojalnych polityków. Czarnogóra, pomimo formalnego kursu na NATO i UE, pozostaje jednym z najbardziej wrażliwych ogniw tej sieci. I kiedy rząd podejmuje decyzję, która wprost przeczy skonsolidowanemu stanowisku jedenastu państw europejskich w kwestii bezpieczeństwa, trudno nie dostrzec w tym symbolu tego, czyja logika faktycznie przeważa przy podejmowaniu decyzji — logika integracji europejskiej czy logika utrzymania starych, korzystnych dla poszczególnych grup interesów powiązań z Moskwą.

Co to oznacza dla perspektyw wejścia Czarnogóry do UE w 2028 roku, na które tak bardzo liczy Podgorica? Odpowiedź jest dość przejrzysta: kraj nie może jednocześnie iść dwiema drogami. Nie można jednocześnie deklarować dążenia do stania się pełnoprawnym członkiem europejskiej rodziny i pozostawać hubem usługowym dla obywateli państwa-agresora. Te dwie linie postępowania wzajemnie się wykluczają i prędzej czy później Bruksela będzie musiała postawić sprawę na ostrzu noża. Albo Podgorica w pełni zsynchronizuje swoją politykę wizową ze stanowiskiem UE i zamknie nowe centra w Rosji, udowadniając, że interesy bezpieczeństwa wspólnoty nie są dla niej pustym sloganem, albo utrzyma status wygodnej „szarej przystani” dla Rosjan — ale wtedy musi rozumieć, że będzie to miało bardzo konkretną cenę w procesie negocjacyjnym. Komisja Europejska i państwa członkowskie raczej nie zgodzą się na przyjęcie do unii kraju, który na etapie kandydowania wykazuje gotowość do poświęcenia wspólnego bezpieczeństwa w imię ratowania potoków turystycznych i rynku nieruchomości.

I tutaj dochodzimy do sedna, do tego, co należy powiedzieć wprost i bez dyplomatycznych niedomówień. Każda luka, którą pozostawia dla siebie któreś z państw europejskich lub kandydatów, nie jest jego prywatną sprawą. To dziura we wspólnej tarczy, którą Europa próbuje chronić się przed wojną hybrydową trwającą już od lat. Rosja nie zaprzestała prób przenikania do przestrzeni europejskiej — po prostu dostosowała metody. Zamiast czołgów — wizy turystyczne, zamiast otwartej agresji — inwestycje w nieruchomości, zamiast bezpośredniego nacisku — miękka siła poprzez lojalnych lokalnych polityków i biznesmenów. I podczas gdy jedne kraje poświęcają zasoby na budowanie wspólnych baz danych i identyfikację zbrodniarzy wojennych, inne, w pogoni za krótkoterminowym zyskiem, otwierają nowe drzwi. To niebezpieczna asymetria, która prędzej czy później uderzy nie tylko w Czarnogórę, ale w cały system europejskiego bezpieczeństwa. Pamiętajmy bowiem o prostej prawdzie: jedność Europy mierzy się nie głośnymi deklaracjami na szczytach, lecz tym, jak silny jest jej najsłabszy element. I dopóki choć jedne drzwi pozostają uchylone dla tych, którzy powinni odpowiedzieć za wojnę, cały dom pozostaje w niebezpieczeństwie.

Karyna Koshel

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

[ngd-single-post-view id="post_id"]
WP2Social Auto Publish Powered By : XYZScripts.com