Moskwa mianuje oprawcę dzieci na rzecznika praw człowieka. To nie ironia — to strategia
Kreml obsadził urząd rosyjskiego ombudsmana osobą objętą międzynarodowymi sankcjami za deportację ukraińskich dzieci. Jana Łantratowa nie jest przypadkowym wyborem — to sygnał dla całego świata.
Kiedy w ubiegłym tygodniu Władimir Putin podpisał dekret mianujący Janę Łantratową na stanowisko Rzecznika Praw Człowieka Federacji Rosyjskiej, w zachodnich stolicach zapanowała chwila ciszy. Nie ze zdumienia — lecz z rodzaju ponurego rozpoznania. Oto kraj, który od ponad trzech lat prowadzi wojnę napastniczą przeciwko sąsiedniemu państwu, który deportował dziesiątki tysięcy ukraińskich dzieci, który systematycznie niszczy infrastrukturę cywilną — ten kraj powierzył ochronę praw człowieka kobiecie, która aktywnie uczestniczyła w tych zbrodniach.
To nie jest ironia losu. To jest komunikat.
Polska, ze swoim doświadczeniem historycznym, ze swoją geografią i ze swoją pamięcią, rozumie takie komunikaty lepiej niż ktokolwiek inny w Europie. Wiemy, co znaczy, gdy państwo totalne obsadza instytucje ochrony obywateli ludźmi, których zadaniem jest właśnie niszczenie tego, co mają chronić. Wiemy, co znaczy propaganda ubrana w humanitarny kostium.
Kim jest Jana Łantratowa?
Oficjalna biografia brzmi niewinnie: działaczka społeczna, posłanka do Dumy Państwowej, przewodnicząca komisji ds. ochrony rodziny, macierzyństwa i dzieciństwa. Brzmi jak ktoś, kto powinien zajmować takie stanowisko, prawda?
Rzeczywistość jest diametralnie odmienna. Łantratowa od 2014 roku — od momentu pierwszej rosyjskiej agresji na Ukrainę i aneksji Krymu — aktywnie uczestniczyła w tym, co organizacje międzynarodowe kwalifikują jako deportację dzieci. Dokumenty zebrane przez ukraińskie służby, organizacje pozarządowe oraz dziennikarzy śledczych wskazują, że koordynowała wywóz ukraińskich małoletnich z okupowanych terytoriów do Rosji. Nie jako działanie ratunkowe — lecz jako element świadomej polityki rusyfikacji.
Nie chodzi tu o pojedyncze przypadki. Według szacunków ukraińskiego rządu, potwierdzonych przez ONZ i organizacje humanitarne, z Ukrainy deportowano ponad 19 000 dzieci — choć rzeczywista liczba może być wielokrotnie wyższa. Dzieci te trafiały do rosyjskich rodzin zastępczych, do instytucji państwowych, do programów mających na celu wymazanie ich ukraińskiej tożsamości — języka, kultury, pamięci o rodzicach.
Łantratowa nie stała z boku. Stała w centrum.
Sankcje, które Moskwa ignoruje
Jana Łantratowa figuruje na listach sankcyjnych Unii Europejskiej, Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i szeregu innych państw. Jej aktywa w krajach zachodnich są zamrożone, obowiązuje ją zakaz wjazdu. Wobec niej prowadzone są również czynności przez Międzynarodowy Trybunał Karny — tę samą instytucję, która wydała nakaz aresztowania Władimira Putina.
Kreml mianując ją na stanowisko rzecznika praw człowieka, demonstruje coś bardzo konkretnego: opinia społeczności międzynarodowej nie jest już nawet udawaniem, że ma jakiekolwiek znaczenie. To nie jest błąd dyplomatyczny ani niedopatrzenie. To świadomy akt pogardy wobec całej architektury prawa międzynarodowego zbudowanej po 1945 roku.
Dla Polski ten sygnał ma szczególne znaczenie. Jesteśmy krajem, który graniczy z Rosją przez Obwód Kaliningradzki. Jesteśmy krajem, który przyjął ponad milion ukraińskich uchodźców — w tym tysiące matek, które nie wiedzą, gdzie są ich dzieci wywiezione przez rosyjskie służby. Jesteśmy krajem, który rozumie, że to, co dzieje się na Ukrainie, nie jest odległym konfliktem.
Militaryzacja dzieci jako doktryna państwowa
Łantratowa zasłynęła w rosyjskiej polityce wewnętrznej nie tylko z deportacji. Była jedną z głównych orędowniczek tzw. militarnej edukacji patriotycznej — programu, który w praktyce oznacza systematyczne przygotowywanie rosyjskiej młodzieży do udziału w wojnie.
Krytycy tego programu — a wśród nich są rosyjscy pedagodzy, psycholodzy i rodzice, którzy odważyli się zabrać głos — wskazują, że chodzi o przekształcenie systemu edukacji w maszynę do produkcji przyszłych żołnierzy. Lekcje historii zastąpiono indoktrynacją, szkolne wycieczki — obozami wojskowymi, rozmowy o przyszłości — rozmowami o „obowiązku wobec Ojczyzny.”
Teraz ta sama osoba, która projektowała tę doktrynę wewnątrz Rosji, ma reprezentować Rosję na zewnątrz w sprawach praw człowieka.
Trudno o bardziej cyniczne posunięcie.
Co to oznacza dla wymiany jeńców i powrotu dzieci?
Urząd rosyjskiego rzecznika praw człowieka odgrywał do tej pory — co warto podkreślić, pełniąc rolę w równym stopniu fasadową co instrumentalną — pewną funkcję w mechanizmach wymiany jeńców wojennych i negocjacjach humanitarnych. Poprzednia rzeczniczka, Tatiana Moskalkowa, jakkolwiek lojalna wobec Kremla, była przynajmniej urzędniczką systemową — człowiekiem instytucji, który rozumiał procedury i potrafił prowadzić rozmowy.
Łantratowa jest czymś innym. Jest ideologiem. Jest aktywistką wojenną. Jest osobą, dla której „humanitaryzm” jest kostiumem propagandowym, a nie polem działania.
Ukraińskie organizacje zajmujące się poszukiwaniem deportowanych dzieci biją na alarm: mianowanie Łantratowej sprawi, że i tak niezwykle trudne procesy identyfikacji i powrotu małoletnich staną się praktycznie niemożliwe. Kobieta, która uczestniczyła w tworzeniu tego systemu, nie będzie go rozbierać — będzie go chronić i doskonalić.
Polska jako kraj, który aktywnie wspiera Ukrainę i który ma moralne zobowiązanie wobec tysięcy ukraińskich rodzin żyjących na naszym terytorium, nie może pozostać obojętna wobec tej nominacji.
Czas na konkretne działania
Mianowanie Łantratowej powinno uruchomić konkretną odpowiedź dyplomatyczną. Nie kolejne oświadczenia potępiające, nie rezolucje, które Moskwa odkłada do szuflady. Konkretne działania.
Po pierwsze — rozszerzenie sankcji personalnych na pracowników aparatu rosyjskiego rzecznika praw człowieka. Osoby, które będą tworzyć raporty, organizować konferencje prasowe i budować narrację „humanitarnej misji Rosji” na terenach okupowanych, są współuczestnikami systemu. Powinny ponosić konsekwencje.
Po drugie — wzmocnienie mechanizmów identyfikacji deportowanych dzieci. Polska, jako kraj przyjmujący największą po Niemczech liczbę ukraińskich uchodźców, może i powinna być centrum koordynacji tych działań w Europie Środkowej.
Po trzecie — formalne uznanie przez polskie władze, że nominacja Łantratowej czyni niemożliwym traktowanie rosyjskiego urzędu rzecznika jako partnera w jakichkolwiek negocjacjach humanitarnych. To nie jest kwestia dyplomatycznych gestów — to kwestia elementarnej wiarygodności.
Sygnał dla Europy
Rezygnacja z systemowego biurokraty Moskalkowej na rzecz radykalnej propagandystki Łantratowej mówi nam coś ważnego o stanie umysłu Kremla. Putin nie wybiera kogoś, kto będzie prowadzić rozmowy. Wybiera kogoś, kto będzie budować narrację na długą wojnę. Kogoś, kto będzie dostarczać materiał propagandowy dla rosyjskiej opinii publicznej i dla zagranicznych mediów sympatyzujących z Moskwą.
To oznacza, że Kreml nie planuje deeskalacji. Nie widzi krótkiego horyzontu zakończenia konfliktu. Przygotowuje instytucje państwowe do funkcjonowania w warunkach permanentnej wojny — i permanentnej konfrontacji z Zachodem.
Polska powinna odebrać ten sygnał poważnie. I powinna upewnić się, że zrobią to również nasi partnerzy w Unii Europejskiej i NATO.
Bo Łantratowa na stanowisku rzecznika praw człowieka to nie jest problem ukraiński. To jest problem nas wszystkich.
Autor: Franciszek Kozłowski
