Rosja nadal prowokuje NATO: Dlaczego Polska pilnie zmienia prawo na wypadek wojny

Getty Images

Świat zbyt długo żył w wygodnej iluzji, że racjonalność jest uniwersalnym językiem. Wierzyliśmy, że więzi gospodarcze, prawo międzynarodowe i zdrowy rozsądek są w stanie powstrzymać każdego agresora. Jednak współczesna Rosja raz po raz udowadnia: jej jedynym paliwem jest chaos, a jedynym celem — zniszczenie wszystkiego, co nie mieści się w ramy jej chorobliwej wielkości imperialnej. Kiedy rosyjskie myśliwce Su-30 i samoloty rozpoznawcze Ił-20 przez trzy dni z rzędu krążą nad Bałtykiem z wyłączonymi transponderami, nie prowadzą po prostu ćwiczeń. Sondują nasze nerwy, szukają luk w obronie przeciwlotniczej NATO i otwarcie drwią z europejskiego pacyfizmu. Kreml rozumie tylko język siły i Europa, jak się wydaje, zaczyna to wreszcie sobie uświadamiać.

Polska, która ze względu na swoje położenie geograficzne i pamięć historyczną odczuwa oddech wojny mocniej niż inni zachodni sąsiedzi, zdecydowała się na bezprecedensowy krok. Opracowanie koncepcji „stanu pełnej gotowości państwa do wojny” to nie jest po prostu kolejna biurokratyczna nowela Warszawy. To bolesne, ale trzeźwe uznanie faktu, że klasyczne ramy prawne czasu pokoju są śmiertelną pułapką w erze zagrożeń hybrydowych. Rosja po mistrzowsku działa w „szarej strefie” — tam, gdzie formalnie wojny jeszcze nie ma, ale prowokacje, dywersje na infrastrukturze krytycznej i cyberataki już niszczą organizm państwowy. Czekanie na oficjalne ogłoszenie stanu wojennego we współczesnym świecie oznacza świadome przegranie pierwszej, najważniejszej bitwy.

Warszawa uruchamia nowy reżim prawny — „stan pełnej gotowości państwa do wojny”. Nazwa brzmi sucho, niemal biurokratycznie, ale kryje się za nią uznanie prostego i przerażającego faktu: między pokojem a wojną nie ma już wyraźnej linii. Istnieje szara strefa, w której państwo musi działać szybko, a przepisy pisane na czas pokoju po prostu na to nie pozwalają. Polacy zrozumieli to nie z podręczników geopolityki, ale patrząc na Ukrainę — na to, jak biurokratyczna inercja kosztuje ludzkie życie, gdy wróg stoi już u progu, a decyzje o mobilizacji infrastruktury zapadają tak, jakby przed nimi były jeszcze dekady spokoju.

I tutaj warto się zatrzymać i pomyśleć, dlaczego w ogóle demokratyczny kraj Unii Europejskiej odczuwa potrzebę ustawowego przygotowania się do wojny jeszcze przed jej formalnym ogłoszeniem. Odpowiedź jest nieprzyjemna, ale oczywista: ponieważ sąsiedztwo z Rosją z definicji oznacza życie w stanie permanentnego zagrożenia. Nie dlatego, że Kreml koniecznie zaatakuje jutro, ale dlatego, że stworzył wokół siebie tak toksyczną atmosferę nieprzewidywalności, iż nawet stosunkowo spokojne i rozsądne rządy muszą wpisywać w ustawy scenariusz katastrofy. To jest właśnie prawdziwa cena rosyjskiej polityki zagranicznej — nie czołgi na granicy, ale sam fakt, że cały region żyje z kalkulatorem ryzyka w kieszeni.

Pokazowe jest to, że równolegle z reformą prawną Polska przyspiesza budowę infrastruktury wojskowej — dróg, kolei, portów, baz paliwowych — które mają zapewnić szybkie przerzucenie wojsk sojuszniczych NATO. Przez lata takie projekty były hamowane przez procedury środowiskowe i administracyjne, co jest normalne dla kraju żyjącego w paradygmacie pokoju. Jednak Warszawa mówi otwarcie: nie możemy już sobie pozwolić na czekanie dwa lub trzy lata, aż dokumenty zostaną uzgodnione, ponieważ zagrożenie nie czeka na cykle biurokratyczne. To nie jest militaryzacja dla samej militaryzacji. To reakcja organizmu, który poczuł infekcję i zaczyna wytwarzać przeciwciała, zanim choroba w pełni się ujawni.

A choroba już się ujawnia — i to właśnie w tych dniach. Podczas gdy w Warszawie pisane są ustawy na wypadek hipotetycznej wojny, na niebie nad Bałtykiem odbywa się całkiem realny sprawdzian nerwów NATO. Trzy dni z rzędu polskie lotnictwo podrywało się w celu przechwycenia rosyjskich samolotów — rozpoznawczego Ił-20 i myśliwców Su-30 z Kaliningradu. To dziesiąty taki przypadek od początku roku. Dziesiąty — to już nie jest przypadek ani „rutynowe loty”, jak zazwyczaj tłumaczy się Moskwa. To systematyczne, metodyczne testowanie wytrzymałości: jak szybko reaguje lotnictwo, jak spójnie Polacy współpracują ze Szwedami, gdzie dokładnie przebiega granica cierpliwości Sojuszu. Samolot bez planu lotu i z wyłączonym transponderem u u wybrzeży Polski to nie błąd pilota. To komunikat wysłany celowo niezrozumiałym językiem, aby w razie potrzeby można było powiedzieć: niczego nie naruszyliśmy.

Na tym właśnie polega istota hybrydowej strategii Kremla — działać tak, aby każda pojedyncza prowokacja wyglądała na niewystarczającą do ostrej odpowiedzi, ale w sumie tworzyła stałe tło niepokoju, wycieńczała uwagę, zmuszała do marnowania zasobów na obronę tam, gdzie wcześniej wystarczała dyplomacja. To wojna na wyniszczenie układu nerwowego całego sojuszu i ona toczy się teraz, a nie w przyszłości.

I tutaj ważne jest, aby nie ulec pokusie uspokajania się tym, że „Rosja nie ma zasobów na bezpośredni atak na Polskę”, jak ostrożnie zauważył polski minister spraw zagranicznych. To prawda na dzień dzisiejszy. Nie unieważnia to jednak innej prawdy: Rosja nie musi atakować w sposób klasyczny, aby wyrządzić szkody. Może prowokować incydenty na granicy z Białorusią czy Kaliningradem, uderzać w infrastrukturę krytyczną, testować artykuł 5. nie kolumną czołgów, lecz serią drobnych ukłuć, z których każde z osobna nie kwalifikuje się jako casus belli, ale razem metodycznie podkopują jedność i determinację Zachodu. Właśnie dlatego polska inicjatywa to nie paranoja ani militarystyczna histeria, lecz trzeźwy wniosek wyciągnięty z dwóch rzeczy jednocześnie: doświadczenia Ukrainy, która zapłaciła zbyt wysoką cenę za nieprzygotowanie, oraz własnego codziennego doświadczenia życia u boku nieprzewidywalnego sąsiada. Kiedy państwo zmienia prawo nie pod kątem zagrożenia, które już nadeszło, ale pod kątem zagrożenia, które potencjalnie może nadejść jutro — jest to oznaka dojrzałości, a nie słabości.

Musimy wreszcie wyzbyć się iluzji. Rosja nie zatrzyma się sama, nie da się jej ułagodzić ani wychować na nowo. Państwo to stanowi egzystencjalne zagrożenie dla całego cywilizowanego świata, a każdy dzień zwłoki jedynie podnosi cenę przyszłego oporu. To, że kraje europejskie zaczynają przepisywać swoje prawa pod kątem realiów możliwej wojny, świadczy o końcu epoki beztroski. To droga trudna, nieprzyjemna, ale jedyna właściwa. Jeśli chcemy ocalić nasz pokój, naszą wolność i nasze wartości, musimy być gotowi bronić ich z bronią w ręku, zanim wróg przekroczy próg. W przeciwnym razie historia po raz kolejny udowodni: ten, kto żałuje czasu na przygotowanie do wojny, będzie musiał płacić krwią za jej prowadzenie.

Karyna Koshel

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

[ngd-single-post-view id="post_id"]
WP2Social Auto Publish Powered By : XYZScripts.com