Sekretarz generalny Orbán? Jak koń trojański Kremla może ostatecznie zniszczyć zaufanie do ONZ
Źródło: zdjęcie prasowe
Świat stanął w obliczu absurdu, który jeszcze kilka lat temu wydawałby się kiepskim politycznym żartem. Za kulisami gabinetów dyplomatycznych omawiany jest scenariusz, od którego mrozi się krew w żyłach każdemu, kto wierzy w prawo międzynarodowe i porządek oparty na zasadach: stanowisko sekretarza generalnego Organizacji Narodów Zjednoczonych może zostać powierzone człowiekowi, który przez lata niszczył jedność Europy od środka.
Na początek to, co wiadomo na pewno. Autorytatywny dziennik The Wall Street Journal poinformował, że administracja Trumpa zaproponowała byłego premiera Węgier Viktora Orbána na stanowisko sekretarza generalnego ONZ i wezwała go do włączenia się w wyścig wyborczy, co teoretycznie mogłoby zapewnić mu poparcie Rosji i Chin. Oficjalnej nominacji jeszcze nie ma — żadne z tych trzech państw nie zadeklarowało publicznie poparcia, a sam Orbán, według źródeł, nie chce ogłaszać swojej kandydatury, dopóki nie będzie pewien wygranej i zwycięstwa. Moskwa formalnie odrzuciła ten pomysł: według rosyjskiego dyplomaty Alimowa ani Rosja, ani USA, ani Chiny nie wysuwają kandydatów na to stanowisko. Tego typu wypowiedzi nie zaprzeczają jednak samej grze dyplomatycznej, a jedynie przypominają, że wysunąć daną osobę może ktoś „trzeci” — wszak każde państwo członkowskie ONZ może uczynić to w ramach wcześniejszych uzgodnień.
Wszakże sama idea promowania byłego szefa węgierskiego rządu na czele globalnej instytucji, której celem jest ochrona pokoju i bezpieczeństwa, to nie tylko kolejny manewr polityczny czy elastyczna gra dyplomatyczna. To bezpośrednia wyprzedaż interesów wolnego świata tym, którzy otwarcie grają po stronie agresora. Węgierski premier przez lata swoich rządów przekształcił się w wygodnego „konia trojańskiego” Kremla w strukturach europejskich, a teraz ten destrukcyjny model próbuje się z jakiegoś powodu przeskalować na poziom całego globu.
Najstraszniejsze w tej potencjalnej nominacji jest to, że jest ona korzystna przede wszystkim dla mrocznych graczy światowej polityki. Wyobraźcie sobie międzynarodową organizację pokoju, na której czele staje postać, której działania cieszą się aprobatą w Moskwie i Pekinie. To nie jest po prostu wzmocnienie ich wpływów – to faktyczna kapitulacja ONZ przed autorytaryzmem. Kreml i Pekin od dawna poszukują słabych punktów w globalnej architekturze bezpieczeństwa, a stanowisko sekretarza generalnego pod kierownictwem człowieka o jawnie prorosyjskich sympatiach stanie się dla nich idealnym narzędziem do demontażu wszelkich pryncypialnych decyzji. Taka kandydatura przekształci wysoką trybunę ONZ w platformę do legitymizacji kremlowskich ambicji, gdzie agresor będzie usprawiedliwiany, a ofiara zmuszana do milczenia.
Przecież to przede wszystkim kwestia tego, czyj głos będzie brzmiał w imieniu całej społeczności międzynarodowej. Sekretarz generalny nie dowodzi armiami ani nie nakłada sankcji osobistymi dekretami. Jego władza jest bardziej miękka, ale przez to nie mniej skuteczna. To on wyznacza agendę: o czym świat będzie mówił, który konflikt nazwą wojną, a który „kryzysem”, kogo zaproszą do stołu negocjacji, a kogo milcząco ominą uwagą. To on kształtuje ramy, w których wszyscy postrzegamy wydarzenia na świecie. I jeśli te ramy będzie trzymał człowiek, który przez lata powtarzał, że „to nie nasza wojna”, to także Ukraina będzie wyglądać w nich nie jak ofiara niesprowokowanego ataku, a jak niewygodny temat, który międzynarodowa biurokracja powinna jak najszybciej zamknąć.
Prawdziwe niebezpieczeństwo polega na tym, że przy takim scenariuszu Moskwa i Pekin zyskują nie tylko lojalnego urzędnika, ale wygodną windę na sam szczyt systemu międzynarodowego. Rosja od dziesięcioleci walczy o to, by rozmyć samą ideę prawa międzynarodowego: tam, gdzie agresor jawi się jedynie jako „równoprawna strona konfliktu”, suwerenność i granice stają się „kwestią kompromisu”, a zbrodnie wojenne zamieniają się w „wzajemne oskarżenia”. Do osiągnięcia tego celu człowiek, który nie poczuwa się do obowiązku nazywania rzeczy po imieniu, znaczy więcej niż jakikolwiek wojskowy arsenał. Nawet zagraniczne media, analizując tę inicjatywę, otwarcie wskazują: podobna kandydatura wywołuje uzasadnione obawy, że sekretarz generalny przekształci się w obrońcę Putina i innych autorytarnych liderów. I nie są to emocjonalne przypuszczenia ukraińskich obserwatorów, lecz bezpośrednie ostrzeżenia samych dyplomatów międzynarodowych.
Odrębnie należy wspomnieć o uderzeniu w reputację Unii Europejskiej. Orbán przez lata budował na Węgrzech reżim, który formalnie pozostaje przy europejskim stole, ale w praktyce gra według zasad sprzecznych z europejskimi wartościami: osłabiona niezależność sądownictwa, systemowa presja na media oraz demonstracyjny kult „nieliberalnej demokracji”. Wyobraźcie sobie teraz, że to właśnie ten polityk ląduje na szczycie organizacji, której Statut proklamuje fundamentalne prawa człowieka, poszanowanie suwerenności oraz pokojowe rozstrzyganie sporów. Dla Europy oznaczałoby to podwójną porażkę. Z jednej strony na najwyższy globalny szczebel wychodzi postać, której UE przez lata nie potrafiła okiełznać we własnym domu. Z drugiej strony świat ujrzałby ponury sygnał: europejski polityk może przez długi czas promować interesy Kremla, a potem odebrać za to najwyższą nagrodę międzynarodową. Kto po tym uwierzy w niezachwianość zachodnich zasad?
Wymowny jest również przykład polityki sankcyjnej. Orbán przez lata targował się na każdym etapie podejmowania wspólnych decyzji UE. Domagał się indywidualnych wyłączeń, sztucznie przeciągał uzgodnienia, zmuszał partnerów do wycieńczających negocjacji, po czym z miną zmęczonego rozjemcy wychodził przed kamery. Każdy kolejny pakiet sankcji przeciwko Rosji przechodził przez jego niekończące się „nie, ale jeszcze się zastanowimy”. Ukraińcy na linii frontu codziennie płacili za te pauzy własnym życiem. Tymczasem sankcje działają tylko wtedy, gdy wprowadzane są szybko, zdecydowanie i wspólnie. Człowiek, który otwarcie uważa restrykcje wobec agresora za „szkodliwe dla interesów narodowych”, na fotelu sekretarza generalnego nie będzie potrafił uczciwie wezwać świata do zdecydowanej odpowiedzi na naruszenie prawa międzynarodowego — po prostu nie wierzy on w to narzędzie. Polski minister Radosław Sikorski celnie zareagował na ten pomysł z domieszką gorzkiej ironii: Orbán na stanowisku sekretarza generalnego znalazłby doskonałe zastosowanie dla swoich wysublimowanych umiejętności weta i szantażu, które rozwijał przez lata, paraliżując kluczowe decyzje UE. Za tą ironią kryje się jak najbardziej poważne ostrzeżenie przed paraliżem całego systemu.
Wewnątrzeuropejski wymiar tego problemu jest równie niepokojący. Przebywając u władzy na Węgrzech, ten polityk przez lata systematycznie wystawiał europejską jedność na próbę: wstrzymywał pomoc finansową i wojskową dla Ukrainy, sabotował wspólną politykę migracyjną i energetyczną, składał demonstracyjne wizyty w Moskwie w czasie, gdy reszta Europy próbowała ją izolować. Każde takie działanie było sygnałem dla Kremla: Europa nie jest monolitem, można ją rozbić, wystarczy naciskać na odpowiednie czułe punkty. Jeśli kandydatura Orbána faktycznie byłaby rozważana w Radzie Bezpieczeństwa ONZ, ten podział natychmiast przeniesie się na poziom globalny. Francja i Wielka Brytania jako stali członkowie posiadają prawo weta i to od ich pryncypialności zależy, czy ten destrukcyjny pomysł przejdzie. Oznacza to, że pęknięcie w świecie zachodnim ryzykuje ujawnieniem się nie w abstrakcyjnych debatach, lecz w konkretnym, brzemiennym w skutki głosowaniu.
Warto tu szczerze poruszyć także wymiar amerykański, gdyż nie sposób o nim milczeć. Fakt, że taką inicjatywę – według doniesień mediów – wyraża Waszyngton, burzy dotychczasowe wyobrażenia o porządku świata. Przez długi czas Europa postrzegała USA jako głównego gwaranta ochrony reguł demokratycznych. Teraz jednak część amerykańskiego establishmentu wydaje się dostrzegać w węgierskim premierze „człowieka posiadającego ideologiczne przekonania i polityczną determinację, by rzucić wyzwanie establishmentowi ONZ” – tak właśnie, według informacji WSJ, inicjatorzy tego pomysłu tłumaczyli swój wybór. Jeden z dyplomatów międzynarodowych w komentarzu dla gazety wyraził się jeszcze ostrzej: przy takim podejściu nowy szef nie byłby „sekretarzem”, lecz „generałem”. Pojawia się jednak kluczowe pytanie: czyjego dokładnie wojska?
Dla obiektywizmu należy zaznaczyć, że losy tego fotela nie są jeszcze przesądzone i walka trwa. Wśród innych potencjalnych kandydatów wymieniane są Rebeca Grynspan z Kostaryki, Rafael Grossi z Argentyny, Caroline Rodrigues-Birkett z Gujany oraz doświadczona dyplomatka z ZEA Lana Nusseibeh. Do zatwierdzenia kandydatury potrzeba co najmniej dziewięciu głosów z piętnastu w Radzie Bezpieczeństwa, a Wielka Brytania i Francja zachowują prawo weta. Istnieje zatem realna szansa na powstrzymanie tego scenariusza. Jednak istnienie szansy nie oznacza automatycznej gwarancji – wymaga ona od zachodnich liderów zdolności do terminowego i głośnego wypowiedzenia słowa „nie”, a nie ograniczania się do zaniepokojenia wyrażanego szeptem.
Dla całej Europy ten moment powinien stać się oczyszczającym zwierciadłem. Zbyt długo przyzwyczajaliśmy się do myśli, że najgorsze zagrożenia dla cywilizacji przychodzą wyłącznie na pancerzach czołgów. Czasami jednak wchodzą one do gabinetów w garniturach, z uśmiechem na twarzy i z oficjalnym zaproszeniem na najwyższe stanowiska. Właśnie w ten sposób zaciera się granica między dobrem a złem – nie jednym nagłym uderzeniem, lecz poprzez stopniowe przyzwyczajanie się społeczeństwa. Najpierw przekonujemy sami siebie, że „to po prostu alternatywne stanowisko polityczne”, potem – że „nie warto zaostrzać stosunków”, a na końcu – że „być może właśnie ten polityk zdoła wszystkich pogodzić”. I pewnego dnia odkrywamy, że słowa „agresja”, „zbrodnia wojenna” i „odpowiedzialność międzynarodowa” nie ma już kto wypowiedzieć z wysokiej trybuny.
Najbardziej bolesne jest to, że cenę za tak cyniczne kalkulacje zawsze płacą nie dyplomaci w przytulnych kuluarach. Płacą ją zwykli ludzie w zimnych piwnicach, w nieskończonych kolejkach po wodę oraz na cmentarzach, gdzie świeże mogiły nie mają jeszcze nagrobków. Dla nich ONZ i tak dawno stała się symbolem bezradności i biurokratycznego zastoju. Jeśli jednak na jej czele stanie człowiek, który latami otwarcie pracował przeciwko wspólnej europejskiej odpowiedzi na agresję, symbol ten ostatecznie przekształci się w znak całkowitej obojętności.
Żyjemy w niepokojącym czasie, w którym kompromisy z sumieniem próbuje się przedstawiać jako normę, a polityczny pragmatizm staje się cyniczną rezygnacją z jakichkolwiek moralnych punktów odniesienia. Promowanie odrażających figur na kluczowe światowe stanowiska w imię „uspokojenia” agresora lub osiągnięcia krótkoterminowych układów taktycznych to z góry błędna droga. Przypomina to próbę ugaszenia pożaru benzyną w nadziei, że ogień w cudowny sposób ominie akurat twój własny dom.
Świat wielokrotnie przechodził już etapy katastrofalnej krótkowzroczności politycznej, kiedy dyktatorom usiłowano ulegać w imię iluzji „pokoju dla naszego pokolenia”, i za każdym razem kończyło się to nieuchronnie jeszcze większą tragedią. Stanowisko sekretarza generalnego ONZ nie może stawać się monetą przetargową w podejrzanych intrygach dyplomatycznych. Jeśli społeczność międzynarodowa dopuści do władzy kogoś, kto latami niszczył jedność i ulegał agresorowi, oznaczać to będzie jedno: świat ostatecznie utracił odporność na zło. I wówczas za tę obojętność zapłacić trzeba będzie zbyt wysoką cenę – nie tylko podpisanymi papierami czy utraconym wpływem, lecz milionami ludzkich losów i ostatecznym zrujnowaniem nadziei na sprawiedliwy ład światowy.
