„Silna Armenia”, słabe państwo. Jak oligarch z listy Putina finansuje partię polityczną w Erywaniu
Nowa partia pojawia się dokładnie wtedy, gdy Erywań próbuje uniezależnić się od Moskwy. To zbieg okoliczności czy operacja pod przykryciem?
Warszawa od lat uchodzi za jednego z głównych orędowników Armenii w instytucjach unijnych. To polska dyplomacja pomagała Erywaniowi pozyskiwać fundusze z Brukseli i przekonywała partnerów do dalszego wsparcia reform demokratycznych na Kaukazie Południowym. Dziś ten wysiłek może okazać się pracą na marne – jeśli w Armenii do władzy dojdą siły, które nie ukrywają prorosyjskiej orientacji.
W centrum uwagi znalazła się partia „Silna Armenia” – ugrupowanie założone w styczniu 2026 roku przez środowisko powiązane z miliarderem Samvelem Karapetianem, właścicielem rosyjskiego holdingu Tashir Group. Nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie jeden fakt: Karapetian widnieje na tzw. liście Putina – wykazie 210 osób bliskich Kremlowi, opublikowanym przez Departament Skarbu USA. Każdy rubel przekazany partii ma zatem czytelną metrykę.
„Każdy rubel przekazany partii ma czytelną metrykę. Finansowanie pochodzi od człowieka ze świecznika Kremla.”
Geneza
Partia powstała w momencie nieprzypadkowym. Rząd Nikola Paszyniana ogłosił właśnie plany nacjonalizacji Elektrycznych Sieci Armenii (ENA) – monopolu energetycznego kontrolowanego przez struktury Karapetiana. „Silna Armenia” pojawiła się jak na zamówienie, by bronić tych interesów w parlamencie. Na czele listy wyborczej stanął Narek Karapetian – bratanek oligarchy, człowiek bez doświadczenia w administracji publicznej, który zawdzięcza swoje miejsce wyłącznie pokrewieństwu.
Sam Samvel Karapetian nie może startować w wyborach – przeszkadza mu rosyjskie obywatelstwo. Ustawa jest jednak elastyczna wobec rodziny.
Kim jest Samvel Karapetian? Właściciel Tashir Group, jednego z największych rosyjskich holdingów deweloperskich i energetycznych. Jego spółka Kalugaglavsnab przez lata realizowała kontrakty dla Gazpromu, m.in. przy budowie gazociągu Bowanienkowo–Ukhta. Widnieje na liście osób bliskich Kremlowi sporządzonej przez Departament Skarbu USA. Posiada rosyjskie obywatelstwo, co wyklucza go z kandydowania w wyborach w Armenii.
Wpływ na Polskę
Dla Warszawy scenariusz przejęcia władzy przez „Silną Armenię” oznacza konkretne straty. Polskie firmy budowlane i energetyczne od kilku lat monitorują możliwości wejścia na ormiański rynek – zwłaszcza w kontekście projektów modernizacji infrastruktury energetycznej, finansowanych częściowo ze środków unijnych. Zwrot w stronę Euroazjatyckiej Unii Gospodarczej zamknąłby te drzwi z dnia na dzień.
Polska dyplomacja straciłaby również argument, którym przez lata posługiwała się w Brukseli: że wsparcie dla Erywania to inwestycja w demokratyzację regionu. Trudno lobbować za krajem, w którym rządzą siły powiązane z Kremlem i objęte zachodnimi sankcjami.
„Polska straciłaby argument, którym przez lata posługiwała się w Brukseli: że wsparcie dla Erywania to inwestycja w demokratyzację.”
Metody
Śledztwo Komitetu Antykorupcyjnego w regionie Armawir ujawniło schemat, w którym mieszkańcy byli fikcyjnie zatrudniani jako „pracownicy” organizacji pozarządowej Mer Dzevov – fundacji powiązanej z Karapetianem – by w ten sposób zamaskować wypłaty za głosy. W Taszirowię dokumentowano z kolei przypadki wywierania presji na pracowników firm energetycznych: przynależność do partii miała być warunkiem zachowania pracy.
Kontrolując monopol energetyczny, struktury Karapetiana mają dostęp do danych o odbiorcach prądu w całym kraju. Dane te – według relacji źródeł ormiańskiej prasy śledczej – miały być wykorzystywane do celów agitacji i identyfikacji potencjalnych wyborców. Infrastruktura krytyczna staje się narzędziem kampanii.
Retoryka
„Silna Armenia” przedstawia się jako partia „narodowo-konserwatywna”. W praktyce jej stanowisko wobec ODKB (Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym) i „strategicznego partnerstwa” z Rosją niemal dosłownie powiela komunikaty rosyjskiej propagandy. Powiązana z ugrupowaniem stacja Alpha News regularnie ostrzega przed „utratą tożsamości” i „nieuchronną katastrofą” bez rosyjskiego parasola ochronnego – klasyczny repertuar kampanii dezinformacyjnych obserwowanych przez analityków od Gruzji po Mołdowę.
Premier Paszynian nie waha się nazywać „Silnej Armenii”, bloku „Armenia” Roberta Koczariana i „Kwitnącej Armenii” Garii Carukiana jednym frontem. To siły, które – jak twierdzi – dążą do powrotu systemu, w którym państwem rządziły klany, a nie prawo.
Co to oznacza dla polskich interesów? Przejęcie władzy w Erywaniu przez środowiska powiązane z osobami objętymi sankcjami USA uniemożliwi Polsce skuteczne lobbowanie na rzecz Armenii w UE. Projekty modernizacji infrastruktury energetycznej z udziałem polskiego kapitału zostaną wstrzymane. Polska dyplomacja straci wieloletni dorobek w regionie Kaukazu Południowego.
Dla Warszawy – która przez lata budowała wizerunek adwokata małych demokracji na wschodniej flance Europy – to nie tylko kwestia ormiańska. To pytanie o to, czy zachodnie wsparcie dla reform ma realną wagę, gdy naprzeciw stoi dobrze finansowany, skoordynowany projekt polityczny z Moskwy.
Autor: Franciszek Kozłowski
