Bitwa o instytucje: jak siły prorosyjskie próbują zmienić porządek obrad Parlamentu Europejskiego

reuters

Europa zawsze budowała się na idei jedności, jednak dzisiaj kluczowe bitwy o jej przyszłość rozgrywają się nie tylko na ulicach europejskich miast czy w wyborach krajowych, lecz także w cichych gabinetach Brukseli i Strasburga. Parlament Europejski, do którego przywykliśmy jak do głównego forum dyskusji demokratycznych, coraz częściej staje się areną ostrego starcia. I nie chodzi tu o zwykłe spory między lewicą a prawicą o gospodarkę czy klimat. Główne zagrożenie jest znacznie głębsze: siły prorosyjskie próbują przekształcić instytucje europejskie w wygodne narzędzie do promowania interesów Kremla.

Jaskrawym tego przykładem są wydarzenia wokół delegacji Parlamentu Europejskiego ds. Rosji, gdzie przedstawiciele skrajnej prawicy spróbowali przejąć kontrolę nad procesami wewnętrznymi. Dziesiątego września 2026 roku w Brukseli miało odbyć się zwykłe posiedzenie: delegacja Parlamentu Europejskiego ds. współpracy między UE a Rosją (D-RU) planowała wysłuchać przedstawicieli rosyjskiej opozycji na temat tego, jak Kreml wykorzystuje „wybory” do stworzenia pozorów legitymizacji reżimu. Wśród zaproszonych znaleźli się ludzie, których nazwiska mówią same za siebie: Dmitrij Gudkow, Jelena Łukjanowa, Kiriłł Martynow, Anastasija Szewczenko oraz wnuczka zamordowanej dziennikarki Anny Politkowskiej. Miała to być rozmowa o represjach i propagandzie, ale w planowanym kształcie do niej nie doszło.

Formalnie wszystko wyglądało jak spór o regulamin. Posiedzenie rozpoczęło się z opóźnieniem, a gdy przewodniczący ogłosił przejście do spotkania z Rosjanami, polski eurodeputowany Grzegorz Braun zaczął żądać najpierw wykonania punktów proceduralnych — wyboru wiceprzewodniczących delegacji, których stanowiska pozostawały nieobsadzone przez około 14 miesięcy. Na pierwszy rzut oka — w pełni uzasadnione żądanie. Ale w instytucjach europejskich procedura nigdy nie jest neutralna. Kto kontroluje porządek obrad, ten kontroluje, jakie tematy w ogóle trafiają do przestrzeni publicznej. Ten techniczny spór przerodził się w prawie godzinną awanturę, po której spotkanie z Rosjanami trzeba było przenieść do innego gabinetu, a kwestia stosunku do rosyjskiej opozycji stała się celem sztucznych konfliktów.

Żeby zrozumieć ten epizod, ważne jest, aby wiedzieć, kim jest Grzegorz Braun. Jest on liderem skrajnie prawicowej partii „Konfederacja Korony Polskiej”, politykiem, którego kariera łączy nacjonalizm, eurosceptycyzm, krytykę wsparcia dla Ukrainy oraz prorosyjską retorykę. Według danych „Le Monde”, jeszcze przed pełnoskalową inwazją był on jedynym polskim posłem, który zagłosował przeciwko rezolucji popierającej Ukrainę, a później sprzeciwiał się sankcjom na rosyjski gaz i organizował akcje przeciwko „ukrainizacji Polski”. Jego nazwisko regularnie pojawia się w skandalach — od gaszenia świec chanukowych gaśnicą w polskim Sejmie po negowanie Holokaustu. Mamy przed sobą polityka, który systemowo buduje swój wizerunek na konflikcie ze wszystkim, co kojarzy się z systemem europejskim.

Szerszy kontekst czyni tę historię jeszcze bardziej niepokojącą. Podobni do Brauna polityci, którzy sympatyzują z Rosją, obecni są w praktycznie każdym parlamencie unijnym. Oznacza to, że nie mówimy o odosobnionym przypadku, lecz o narastającej tendencji: im więcej takich posłów trafia do Parlamentu Europejskiego, tym większe szanse, że będą mogli koordynować się między sobą i ubiegać się o stanowiska kierownicze w kluczowych organach. Co szczególnie ważne — można to robić w sposób w pełni legalny, wykorzystując te same procedury demokratyczne, które mają chronić pluralizm opinii.

Braun nie musi koniecznie otrzymywać bezpośrednich instrukcji z Moskwy, aby jego działania były użyteczne dla rosyjskiej propagandy — wystarczy, że samodzielnie promował narracje zbieżne z interesami Kremla. Współczesne wpływy rosyjskie w instytucjach europejskich rzadko wyglądają jak bezpośrednie kierowanie agentami. O wiele częściej jest to zbieg interesów: eurodeputowani mają własną motywację wewnątrzkrajową — budowanie wizerunku buntowników rzucających wyzwanie „systemowi”. Kremlowi nie trzeba płacić ani instruować każdego z nich. Wystarczy, że tacy politycy mają mandaty poselskie i wykorzystują je w odpowiednim momencie. Wynik jest dokładnie taki sam jak przy bezpośrednim wpływie, tylko bez odpowiedzialności politycznej.

Główny wniosek jest prosty: Kreml dzisiaj nie potrzebuje, aby europejscy politycy otwarcie bronili Putina z trybuny. O wiele efektywniej jest mieć wewnątrz ludzi gotowych pod pozorem regulaminu podważać samą potrzebę mówienia o zbrodniach rosyjskich. Po prostu korzystają oni z narzędzi demokracji — prawa do żądania głosowania, prawa do zrywania posiedzeń za pomocą argumentów formalnych — aby zamienić pracę instytucji w ciągły chaos i legitymizować kremlowskie narracje pod płaszczykiem „alternatywnej opinii”.

Ta wewnętrzna walka w Parlamencie Europejskim stanowi poważny test wytrzymałości dla całej Unii Europejskiej. Pokazuje ona, że wojna hybrydowa Rosji dawno wyszła poza granice cyberataków czy szantażu energetycznego i przeniosła się na najwyższy poziom instytucjonalny. Ochrona instytucji europejskich przed takimi wpływami staje się kwestią przetrwania zjednoczonej Europy w obliczu zagrożenia autorytaryzmem.

Karyna Koshel

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

[ngd-single-post-view id="post_id"]
WP2Social Auto Publish Powered By : XYZScripts.com