Putin w Pekinie: między globalną ambicją a regionalną zależnością
Getty Images
20 maja в Pekinie odbyło się nie po prostu kolejne spotkanie dwóch autorytarnych liderów. Wizyta Władimira Putina u Xi Jinpinga stała się demonstracją nowej rzeczywistości politycznej: Rosja coraz głośniej mówi o „wielobiegunowym świecie”, lecz coraz wyraźniej znajduje się w roli młodszego partnera państwa, które myśli kategoriami własnego interesu strategicznego, а nie „bezgranicznej przyjaźni”.
Kreml nadal sprzedaje światu starą opowieść o walce z „zachodnią hegemonią”, „sprawiedliwym globalnym zarządzaniu” i konieczności powstrzymania powrotu do „prawa dżungli”. Kryje się w tym niemal groteskowa sprzeczność. To właśnie Rosja, która przez lata budowała politykę zagraniczną na presji militarnej, aneksjach, szantażu energetycznym i prawie silniejszego, teraz pozycjonuje się jako obrońca międzynarodowej równowagi. Kreml potępia myślenie kolonialne, pozostając jednocześnie państwem, którego wyobraźnia polityczna jest wciąż głęboko zainfekowana imperialną nostalgią.
Pekin chętnie wspiera tę retorykę, ale tylko na tyle, na ile służy ona chińskim interesom. Chiny nie ratują Rosji z ideologicznej solidarności. Wykorzystują moment historyczny. Wojna, międzynarodowa izolacja Moskwy oraz jej wycieńczenie ekonomiczne stworzyły dla ChRL niezwykle dogodną sytuację: obok pojawił się dysponujący bronią jądrową sąsiad, bogaty w surowce, osłabiony politycznie i coraz bardziej zależny od rynku wschodniego.
Kluczowym sygnałem, którego nie sposób nie zauważyć, stała się demonstracja tego, po co Putin właściwie przyjechał. „Siła Syberii 2” — gazociąg, który miał uratować Rosję przed izolacją energetyczną po utracie rynków europejskich — pozostał na papierze. Już po raz piąty w ostatnich latach negocjacje zakończyły się niczym: ceny nie zostały uzgodnione, plan budowy nie został określony, brak jakichkolwiek szczegółów. To nie pauza dyplomatyczna — to pryncypialne stanowisko Pekinu. Chiny kupują rosyjski gaz i ropę z ogromnymi upustami i nie mają żadnego impulsu, by płacić więcej czy brać na siebie zobowiązania infrastrukturalne, skoro Moskwa i tak zależy od nich jako od jedynego dużego odbiorcy. Putin nie jest partnerem Xi — jest petentem.
To, co podpisano — około dwudziestu umów w sferze handlu, edukacji i technologii — brzmi imponująco tylko w nagłówkach. Brakuje konkretnej treści, a „znaczących kontraktów”, jak przyznają sami uczestnicy, nie zawarto. Wspólna deklaracja licząca niemal dziesięć tysięcy słów to w zasadzie manifest ideologiczny na użytek wewnętrzny oraz dla audytorium Globalnego Południa. Dwaj liderzy mówią o „policentrycznym świecie”, „niesprawiedliwości kolonialnej dominacji”, niebezpieczeństwie „prawa dżungli” — czyli językiem skrojonym pod tych, którzy mają żale do Zachodu. Jednak nawet ten język brzmi nierówno: Chiny grają rolę „starszego partnera”, podczas gdy Rosja dostarcza leksyki i radykalizmu.
Osobno warto zwrócić uwagę na jeden epizod, który przeszedł niemal niezauważony. Mieszkańcy obwodu irkuckiego — regionu w środku samej Rosji — zwrócili się do Putina i Ławrowa z prośbą, by poprosili Chiny o wybudowanie im szkoły. Szkoły. We własnym kraju. Fakt ten nie wymaga komentarza: sam w sobie stanowi wyrok na system, który prowadzi wojnę napastniczą, a jednocześnie nie potrafi zapewnić podstawowej infrastruktury własnym obywatelom. Putin leci do Pekinu z nuklearną retoryką i frazesami o „partnerstwie strategicznym”, a w domu — upadek.
Kolejny wymiar tej wizyty to inscenizacja geopolityczna. Ta sama sala w Pekinie, w której Xi przyjął Putina, kilka dni temu gościła Trumpa. To nie przypadek, to komunikat: Chiny grają na wszystkich stołach jednocześnie. Pekin nie jest „sojusznikiem” Moskwy w sensie, jaki Kreml chciałby transmitować światu. Jest pragmatycznym graczem, który wykorzystuje słabość Rosji dla własnego wzmocnienia. Gdy media doniosły, że Xi w prywatnej rozmowie z Trumpem miał rzekomo powiedzieć, że Putin „może żałować” swojej decyzji o ataku na Ukrainę — a chińskie MSZ tego nie zdementowało — sam ten fakt mówi już bardzo wiele. Coś w tej wymianie zdań ewidentnie się wydarzyło.
Reakcja Trumpa na pekińskie spotkanie była na swój sposób znamienna: powiedział, że dogaduje się z oboma, i natychmiast przeszedł do porównań ceremonii. „Myślę, że ich przebiliśmy” — dodał. To chyba najdokładniejsza metafora obecnego momentu: amerykański prezydent ściga się с Putinem na jakość parady, a nie na zasady. Na tym tle retoryka o „stabilizującej roli” Rosji i Chin wygląda szczególnie cynicznie.
Ostatecznie pekińska wizyta to ani przełom, ani sojusz równych. To demonstracja tego, jak bardzo skurczyła się przestrzeń manewru dla Putina. Jeździ on do Pekinu nie dlatego, że Rosja jest silna, ale dlatego, że skończyły mu się inne adresy. Zamiast gazociągu — podpisane deklaracje. Zamiast realnego partnerstwa — wspólna antyzachodnia retoryka. Zamiast strategicznego parytetu — status młodszego brata, który będzie musiał prosić gospodarza o szkołę dla własnych dzieci.
Paradoksalnie, Rosja znajduje się dziś w sytuacji, przeciwko której rzekomo występuje w swojej oficjalnej retoryce. Kraj, który przez dziesięciolecia mówił o niezależności od zewnętrznego dyktatu, stopniowo zawęża przestrzeń własnej autonomii. Nie z powodu zachodnich sankcji jako takich, lecz w wyniku konsekwencji własnych decyzji politycznych, własnej agresywnej polityki zagranicznej oraz własnej wiary w to, że siłowy rewizjonizm może stać się fundamentem długofalowej wielkości.
I być może właśnie w tym tkwi najważniejsze podsumowanie pekińskiej wizyty. Rosja przyjechała, by rozmawiać o nowym układzie sił na świecie, lecz mimowolnie pokazała zupełnie inną historię — historię państwa, które straciło część swoich międzynarodowych wpływów, próbuje rekompensować to głośną antyzachodnią retoryką i coraz głębiej wchodzi w zależność, którą jeszcze kilka lat temu samo nazwałoby upokarzającą.
Karyna Koshel
