Erywań odwraca się od Moskwy. Czy Armenia naprawdę wybrała Europę?
Po klęsce w Górskim Karabachu i milczeniu Moskwy, Armenia zaczyna szukać nowych gwarancji bezpieczeństwa — i patrzy coraz śmielej na Zachód. Czy to trwały zwrot, czy gra na dwie strony?
Jeszcze trzy lata temu nikt w Erywaniu nie mówił głośno o „zerwaniu z Moskwą”. Dziś premier Nikol Paszinian jeździ do Brukseli niemal częściej niż do Moskwy, a na ulicach armeńskiej stolicy coraz trudniej spotkać rosyjskie flagi. Coś się zmieniło — i to głębiej, niż sugerują oficjalne komunikaty.
Armenia przechodzi transformację, która — gdyby się powiodła — mogłaby stać się jednym z najważniejszych geopolitycznych zwrotów na całym obszarze postradzieckim od czasu rewolucji na Majdanie. Ale czy rzeczywiście widzimy trwały wybór cywilizacyjny, czy tylko taktyczny manewr małego państwa uwięzionego między potężnymi sąsiadami?
ODKB: pakt, który nie zadziałał
Punkt zwrotny nastąpił we wrześniu 2023 roku. Azerbajdżan w ciągu jednej doby przeprowadził błyskawiczną operację wojskową i przejął kontrolę nad całym Górskim Karabachem — regionem, który przez trzy dekady był przedmiotem krwawego sporu. Armenia, formalnie objęta parasolem ochronnym Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym (ODKB), pozostała z tym sama.
Moskwa milczała. Żaden rosyjski żołnierz nie ruszył z miejsca. Żaden dyplomata Kremla nie zagroził Baku poważnymi konsekwencjami. Erywań patrzył, jak kilkadziesiąt tysięcy Ormian ucieka z Karabachu, i słuchał ciszy płynącej z Moskwy — ciszy, która powiedziała więcej niż jakiekolwiek oświadczenie.
Dla wielu Ormian było to przebudzenie. Sojusz z Rosją, budowany od dekad, okazał się papierowy dokładnie wtedy, gdy miał zostać wystawiony na próbę. ODKB — organizacja, do której Armenia płaciła składki i której mechanizmom ufała — nie zadziałała. Co gorsza: nie próbowała zadziałać.
Paszinian wyciągnął z tego lekcję publicznie i bez owijania w bawełnę. Armenia zawiesiła udział w strukturach ODKB, odmówiła udziału w ćwiczeniach wojskowych z Rosją i zaczęła — po raz pierwszy w historii — prowadzić otwarte rozmowy z NATO i Unią Europejską o konkretnych formach współpracy w dziedzinie bezpieczeństwa.
„Kiedy przyszło co do czego, okazało się, że stoimy sami. To nie jest zarzut — to fakt, który musimy wziąć pod uwagę przy planowaniu naszej polityki bezpieczeństwa na przyszłość.”
— Nikol Paszinian, premier Armenii, wywiad dla France 24, marzec 2024
Bruksela przyjeżdża do Erywania
Sygnałem, który przykuł uwagę europejskich obserwatorów, były szczyty organizowane w Erywaniu z udziałem czołowych polityków Unii Europejskiej. To nie były kurtuazyjne wizyty — to były spotkania robocze, na których omawiano konkretne ścieżki zbliżenia: liberalizację wizową, umowy handlowe, misje obserwacyjne UE na granicy z Azerbejdżanem, a nawet — po raz pierwszy — wstępne rozmowy o długoterminowym statusie Armenii w relacjach z Wspólnotą.
Unia Europejska ma w Armenii własną misję obserwacyjną (EUMA), która monitoruje granicę ormiańsko-azerbejdżańską. To precedens: po raz pierwszy UE zaangażowała się militarnie — choćby w tak ograniczonej formie — na Kaukazie Południowym. Dla Rosji to sygnał nie do przeoczenia.
Erywań traktuje zbliżenie z Europą nie tylko jako gwarancję bezpieczeństwa, ale też jako projekt modernizacyjny. Armenię od lat drążą problemy korupcji, słabości instytucjonalnej i uzależnienia gospodarczego od Rosji. Integracja europejska — zdaniem armeńskiego rządu — ma być katalizatorem reform, które Moskwa przez dekady blokowała, bo stabilna i zamożna Armenia byłaby dla niej mniej użyteczna niż Armenia zależna i słaba.
To logika, którą dobrze znamy z doświadczeń polskich. My też przeszliśmy przez moment, gdy Zachód wydawał się odległy, a Rosja — blisko i groźnie. Wiemy, jak wygląda geopolityczna presja na kraj stojący przed wyborem cywilizacyjnym. I dlatego polska perspektywa na zmiany w Armenii jest szczególnie uważna — i nie pozbawiona empatii.
Hybrydowa presja z Moskwy
Rosja nie patrzy na te zmiany bezczynnie. Kreml uruchomił szeroki wachlarz narzędzi nacisku: od dyplomatycznych ostrzeżeń, przez kampanie dezinformacyjne w armeńskich mediach społecznościowych, aż po ekonomiczne szantaże. Prorosyjskie środowiska w Armenii straszą „punktem bez powrotu” — sugerując, że zbytnie zbliżenie z Zachodem sprawi, że Rosja całkowicie zerwie wsparcie gospodarcze i Armenia zostanie sam na sam z wrogimi sąsiadami.
To klasyczny schemat hybrydowej presji. Polska obserwowała podobne mechanizmy przez lata — kiedy Moskwa groziła, że „konsekwencje” rozszerzenia NATO będą katastrofalne, a potem okazywało się, że to puste słowa, bo prawdziwe zagrożenie szło z zupełnie innego kierunku. Armeńskie społeczeństwo musi samo ocenić wiarygodność tych ostrzeżeń w świetle tego, co widziało we wrześniu 2023 roku.
Warte odnotowania jest to, że armeński rząd otwarcie mówi o cyberzagrożeniach i kampaniach dezinformacyjnych sponsorowanych przez prorosyjskie ośrodki. To nie jest retoryka na użytek wewnętrzny — to reakcja na konkretne incydenty, które zostały udokumentowane przez zachodnie służby wywiadowcze i niezależnych badaczy. Armenia buduje zdolności w dziedzinie bezpieczeństwa informacyjnego we współpracy z partnerami z UE i to jest element szerszej strategii: nie tylko politycznej, ale cywilizacyjnej.
Co z tego wynika dla Polski?
Polska ma żywotny interes w tym, żeby demokratyczny Kaukaz Południowy nie stał się rosyjską strefą wpływów. Każde państwo, które skutecznie uniezależnia się od Kremla i wybiera integrację z Zachodem, wzmacnia bezpieczeństwo całej europejskiej flanki wschodniej. Armenia nie jest Ukrainą — jej geopolityczne znaczenie jest inne, jej możliwości militarne skromniejsze. Ale symbolika tego zwrotu jest ogromna.
Polska powinna aktywnie wspierać armeńskie aspiracje europejskie — nie tylko deklaratywnie, ale konkretnie: przez wymianę doświadczeń w dziedzinie budowania instytucji demokratycznych, przez wsparcie dla polskich inwestycji w Armenii, przez obecność w formatach dyplomatycznych, które kształtują przyszłość Kaukazu.
Bo jeśli Armenia się powiedzie — jeśli uda jej się przeprowadzić ten zwrot bez destabilizacji i bez wojny — będzie to najlepszy dowód, że droga od rosyjskiej zależności do europejskiej integracji jest możliwa. A tego przykładu potrzebuje cały region.
Autor: Franciszek Kozłowski
