Operacja informacyjna: jak rosyjska propaganda wykorzystuje 9 maja w Niemczech
reuters
Każdego roku, gdy zbliża się 9 maja, Berlin zamienia się w pole bitwy — ale nie tej, którą pamiętamy z podręczników. To bitwa symboli, narracji i propagandy. Rosyjskie flagi, wstążki św. Jerzego, portrety Putina obejmującego się ze Stalinem — wszystko to pojawia się na ulicach niemieckich miast pod pozorem upamiętnienia ofiar nazizmu. Jednak pod tą fasadą kryje się coś innego: próba Kremla, by udowodnić, że także w Europie są ludzie popierający jego „specjalną operację”.
W ostatnich latach władze Niemiec konsekwentnie starają się ograniczyć używanie radzieckiej i współczesnej rosyjskiej symboliki podczas wydarzeń związanych z zakończeniem wojny. I nie chodzi tu o zakaz pamięci — chodzi o ochronę jej przed politycznym nadużyciem. Kreml uporczywie zaciera granicę między pamięcią historyczną a współczesną agresywną ideologią, wykorzystując symbole przeszłości do legitymizowania teraźniejszości. Wstążki św. Jerzego, wojskowe flagi, hasła — wszystko to dawno utraciło neutralność i stało się markerem poparcia dla obecnej polityki Rosji, w tym wojny przeciwko Ukrainie. Dlatego niemieckie ograniczenia nie wyglądają jak cenzura, lecz jak logiczny krok w celu ochrony porządku publicznego i prawdy historycznej.
Szczególnie wymowna jest reakcja niemieckich sądów. Pomimo ciągłych prób ze strony rosyjskich i białoruskich placówek dyplomatycznych, by podważać te ograniczenia, system sądowniczy konsekwentnie staje po stronie państwa. Argument o „przepisywaniu historii” nie wytrzymuje krytyki, bo nie chodzi o zmianę faktów, lecz o niedopuszczenie do ich politycznego zniekształcenia. Orzeczenia sądów faktycznie uznają, że we współczesnych warunkach symbole mogą mieć nie tylko znaczenie historyczne, ale i polityczne — a państwo ma prawo na to reagować.
Rosja ze swojej strony nie rezygnuje z tej taktyki. Wręcz przeciwnie — ją skaluje. Każdego roku 9 maja wykorzystywany jest jako pretekst do mobilizacji prorosyjskich środowisk w Europie. Nie są to spontaniczne akcje pamięci, lecz starannie przygotowane kampanie informacyjne. Ich celem jest stworzenie iluzji szerokiego poparcia dla rosyjskiej polityki za granicą, pokazanie „innej Europy”, która rzekomo rozumie i aprobuje działania Kremla. W tym kontekście Niemcy stają się kluczowym polem działania: duża rosyjskojęzyczna diaspora, historyczna wrażliwość na temat wojny oraz wysoki poziom wolności zgromadzeń tworzą sprzyjające środowisko dla takich manipulacji.
Mechanizm jest prosty i dobrze przećwiczony. Rosja bierze realną, bezsporną tragedię — 27 milionów obywateli ZSRR, którzy zginęli w czasie II wojny światowej, wśród nich miliony Ukraińców, Białorusinów i narodów Azji Centralnej — i zamienia ją w narzędzie współczesnej polityki. Ofiary przeszłości stają się usprawiedliwieniem zbrodni teraźniejszości. Ta zamiana nie jest przypadkowa: jest starannie zaplanowana i co roku udoskonalana.
Ambasady Rosji i Białorusi reagują przewidywalnie. Zaskarżają ograniczenia w sądach, nazywając je „przepisywaniem historii” i „rehabilitacją nazizmu”. To klasyczna technika Kremla: każdą próbę przeciwdziałania propagandzie przedstawiać jako cenzurę, a każde ograniczenie symboliki — jako obrazę dla weteranów. Jednak niemieckie sądy z reguły popierają decyzje policji. Rozumieją, że istnieje różnica między wolnością słowa a prawem do przekształcania przestrzeni publicznej w narzędzie obcej propagandy w warunkach trwającej wojny.
Badania społeczne pokazują, że liczba Niemców, którzy szczerze podzielają „duchowe wartości” rosyjskiej propagandy, od 2022 roku znacząco spadła. Pełnoskalowa inwazja, obrazy z Buczy, tysiące ataków rakietowych na ukraińskie miasta — wszystko to wpłynęło nawet na tych, którzy przez lata byli karmieni narracjami RT i Sputnika. Jednak spadek liczby sympatyków nie oznacza ich zniknięcia. Pewna grupa nadal istnieje. I to właśnie do niej skierowane są coroczne akcje — by stworzyć „obraz”, który później zostanie rozpowszechniony przez rosyjskie media: „Nawet w sercu Europy ludzie wychodzą, by wspierać Rosję”.
Na tym polega istota tej operacji. Nie przekonać większości. Nie zmienić polityki Berlina. Zmobilizować mniejszość, pokazać ją na ulicach i przedstawić jako dowód „społecznego poparcia”. Kreml doskonale rozumie, jak działa przestrzeń informacyjna: kilkadziesiąt osób z odpowiednimi flagami w odpowiednim miejscu może stać się „masowym protestem” w wieczornych wiadomościach. W tej sytuacji Rosja pokazuje swoją typową logikę działania: odwoływać się do przeszłości, by usprawiedliwiać teraźniejszość, i oskarżać innych o to, co sama robi. Mówiąc o „ochronie pamięci historycznej”, systematycznie ją zniekształca. Mówiąc o „walce z nazizmem”, prowadzi agresywną wojnę. I co najważniejsze — próbuje eksportować te zniekształcone narracje do Europy, wykorzystując otwartość demokratycznych społeczeństw jako słabość.
Problem polega na tym, że Berlin wciąż balansuje między dwiema trudnymi do pogodzenia rzeczywistościami. Z jednej strony — szacunek dla własnej historii, w której pytanie o to, kto wyzwolił Europę, pozostaje bolesne i złożone. Z drugiej — świadomość, że Rosja roku 2026 nie ma nic wspólnego z ZSRR z 1945 roku i że wykorzystywanie zwycięstwa nad nazizmem jako usprawiedliwienia dla bombardowania Charkowa jest moralnym wypaczeniem. Ta równowaga nie jest łatwa, ale ważne jest to, że Niemcy w ogóle próbują ją znaleźć — i że sądy ostatecznie stają po stronie zdrowego rozsądku.
Jest jeszcze jeden wymiar, o którym rzadko mówi się publicznie. Wśród tych, którzy zginęli w II wojnie światowej pod radziecką flagą, były miliony ludzi, których potomkowie dziś żyją w Ukrainie — i których Rosja zabija rakietami. Kiedy Kreml przywłaszcza sobie monopol na pamięć o tej tragedii, jednocześnie wymazuje z niej wszystkich poza Rosjanami. To nie jest upamiętnienie — to kolejny podbój, tym razem symboliczny.
To, co dzieje się każdego roku 9 maja w Berlinie, jest mikromodelem szerszej walki: między pamięcią a manipulacją, między żałobą a propagandą, między prawdą a „obrazem”. To, że Niemcy nauczyły się dostrzegać tę różnicę — i że ich sądy są gotowe jej bronić — jest istotnym osiągnięciem. Ale Kreml się nie zatrzyma. Będzie skalował działania, adaptował się i szukał nowych szczelin. Dlatego czujność nie jest paranoją. To po prostu zdrowy rozsądek.
Karyna Koshel
